6-9 lipca 2010 r.
Plan jest ambitny – zaczynamy w sobotę w Nowym Targu, skąd przez Ludźmierz i Pieniążkowice wchodzimy na Żeleźnicę i śpimy na skrzyżowaniu szlaków. W niedzielę przez Rabę Wyżną, Rabską Górę i Rabkę dochodzimy na Luboń Wielki, by następnego dnia zejść do Glisnego, wdrapać się na Szczebel, zejść do Kasiny Małej, skąd przez Lubogoszcz dostać się do Kasiny Wielkiej. Cóż, uroki Beskidu Wyspowego. We wtorek przez Lubomir i Kudłacze mamy zejść do Myślenic, by na koniec dnia wdrapać się Plebańską Górę na nocleg. Kolejne dni to Zawadka, Skomielna Czarna, Osielec, Skawica i w końcu, w piątkowy wieczór Jałowiec. W sobotę musimy ruszyć skoro świt, by zejść do Ślemienia, bo Franek będzie leciał na ślub do Bystrej… Tyle planów, lecz życie przynosi swoje rozwiązania…
FALSTART
Sobota, 1 w nocy, piszę smsa do Franka, że moje dziewczyny są chore i nici z mojego wyjazdu rano. O szóstej pobudkę urządził nam Franek dzwoniąc, że zaczniemy we wtorek. Dorota jest wściekła na mnie (wyjdzie to później), ale wybacza mi, bo zdrowie córeczek jednak jest ważniejsze. Przy okazji okazuje się, że w sobotę mieliśmy wystartować w trójkę: Franek, Dorota i ja…
Lecz co się odwlecze, to nie uciecze…
DZIEŃ 1 (06-07-2010, WTOREK)
Franek zarządził wyjazd na 7:50 rano. Okazuje się, że nie wszyscy będą w stanie jechać. Na przystanku spotykają się Dorota, Mariola, Marysia i Franek. Ja dojadę później (cóż, pomimo urlopu czasem tak jest, że siła wyższa sprawia, że trzeba stawić się na ważne spotkanie w pracy).
Nasza grupa dojeżdża do Nowego Targu, skąd przy pięknej pogodzie (leje) przechodzi do Ludźmierza. Tutaj dłuższe, niż pierwotnie planowano zwiedzanie Sanktuarium, obiad na stołówce i z niemałym opóźnieniem grupa wyrusza w dalszą drogę…
Mi udaje się wyjść z pracy po 13-tej, wsiadam do autobusu o 14:13 przez Nowy Targ (przesiadka na busa) dojeżdżam do Pieniążkowic. Myślę, że czeka mnie teraz gonitwa w deszczu za grupą, ale… po przejściu kilkuset metrów, pod kościołem pw. Matki Bożej Bolesnej widzę plecaki… No to pięknie – myślę sobie – tylko gdzie oni są, w kościele, na plebani? Na szczęście Mariola wypatrzyła mnie przez okno i już Franek woła mnie do pobliskiego domu. Tutaj u miłych gospodarzy spędzamy trochę czasu przy opowieściach i herbacie, zakupujemy oscypki, po czym ruszamy w dalszą drogę.
Szlak biegnie swoją drogą, Franek w swoim stylu prowadzi nas inną, szybszą, niby przyjemniejszą, z mniejszą ilością wysokiej trawy… i w końcu dochodzimy pod Żeleźnicę, gdzie na skrzyżowaniu szlaków, w deszczu, rozbijamy obóz.
Kolacja w namiocie Franka (dużo nas nie było, więc bez bólu zmieściliśmy się), śmiechy, chichy i do łóżek… Pardon, na karimatki 🙂
DZIEŃ 2 (07-07-2010, ŚRODA)
Wstajemy skoro świt… (tak miało być, zacznę jeszcze raz…) Wstajemy, jak już się wyśpimy… (tak lepiej…)
Dzisiaj poznamy „uroki” Beskidu Wyspowego, czyli w górę, w dół, znowu w górę… Ale najpierw jemy śniadanie, pakujemy plecaki, po czym przychodzi sms od niezawodnego Marcina (kolega z IMGW), że dzisiaj będą chmury, ale bez opadów, za to przez najbliższe dwa tygodnie słonecznie… Taka wiadomość potrafi podbudować z rana.
Ruszamy w trasę. Najpierw niebieskim, a później żółtym szlakiem kierujemy się w stronę Raby Wyżnej. Jest fajnie i wcale nie gryzą nas komory i meszki… Co chwilkę przystajemy, że komary mogły nas dogonić, a my robimy „panoramki”…
W końcu dochodzimy do Raby Wyżnej. Krótka informacja o wsi, prosto z przewodnika, idziemy pooglądać zaniedbany dwór i ciekawą, piętrową stodołę z kamiennymi podjazdami z dwóch stron, po czym udajemy się na zakupy. Dziewczyny z Frankiem wcinają dobre ciasto, a ja serek wiejski…
Po tak pożytecznie spędzonym czasie ruszamy dalej, na Rabską Górę, lecz najpierw pod Krzyżem Milenijnym, który jest miniaturką krzyża z Giewontu zaliczamy kolejną panoramę… Mamy tu pewne rozbieżności w interpretacji (- czy to na pewno jest Zembalowa?), po czym przez las ruszamy na szczyt. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilkę przy kapliczce św. Huberta.
Z Rabskiej Góry schodzimy na zakopiankę, którą (to „najprzyjemniejszy” fragment drogi) dochodzimy pod drewniany kościół św. Krzyża. Tutaj pałaszujemy obiad, czyli drugie śniadanie.
Schodzimy do Rabki, skąd zielonym szlakiem i później torami mamy dojść do Rabki Zaryte. Tyle teorii, bo Franek ma swój autorski pomysł, aby jednak ominąć tory i prowadzi nas przez Banię i Królewską Górę. Tak dochodzimy do Raby, którą pokonuję w bród – jest dość ślisko i niewiele brakuje do wodowania… Po tych atrakcjach reszta grupy decyduje się jednak poszukać mostku…
Ponownie spotykamy się pod sklepem, skąd żółtym szlakiem ruszamy Percią Borkowskiego na Luboń Wielki. Nazwę szlaku nadano na część Stanisława Dunina-Borkowskiego – budowniczego i wieloletniego gospodarza schroniska PTTK na Luboniu Wielkim. Perć w tym miejscu? Ależ tak… W obrębie rezerwatu, znajdującego się na podszczytowych partiach zastajemy nietypowy krajobraz – szlak prowadzi bowiem dużym gołoborzem… Gołoborze w Beskidach? No, teraz to już nie mamy wątpliwości, że wybór szlaku był słuszny.
Podejście daje w kość, ale w końcu docieramy do schroniska. Tutaj okazja do obejrzenia półfinału mistrzostw świata w piłce nożnej, podziwianie zachodu słońca, kolacja, prysznic (oj, orzeźwił nas niesamowicie), po czym decydujemy się zmienić plany i nie iść wzorem poprzednich kursów przez Lubomir do Myślenic, lecz skierować się bezpośrednio ze Szczebla w stronę Makowa Podhalańskiego. Stamtąd łatwiej będzie wrócić do domów.
DZIEŃ 3 (08-07-2010, CZWARTEK)
I znowu się trochę ociągamy z samego rana, lecz wstajemy o 7-mej. Na dobry początek dnia, przed śniadaniem, wybraliśmy się w stronę Lubonia Małego, na Polanę Surówki, by obejrzeć i opisać przepiękną panoramę. Szkoda tylko, że tatrzańskie szczyty na horyzoncie schowały się w chmurach…
Po powrocie do schroniska zjedliśmy śniadanie, zaliczyliśmy panoramkę na północ (z Surówek byłą na południe), po czym zeszliśmy na Przełęcz Glisne, skąd początkowo bez szlaku ruszyliśmy w stronę Szczebla. Po pewnym czasie osiągnęliśmy wierzchołek. Chwila odpoczynku, po czym rozpoczynamy zejście do Lubienia.
Rozpoczęliśmy, ale nie skończyliśmy. Jakoś tak wyszło, że wylądowaliśmy w Tenczynie… Tutaj uzupełniliśmy prowiant, zjedliśmy deser – dziewczyny z Frankiem spałaszowały arbuza, a ja serek wiejski, po czym ruszyliśmy przez pola na Zembalową. Duktami leśnymi wyszliśmy na Cymbałową (ale wtedy o tym nie wiedzieliśmy) i poszukując szlaku, czyli idąc grzbietem, dotarliśmy do żółtego szlaku. Tutaj znowu mieliśmy z Frankiem odmienne zdanie do tego, gdzie jest Tokarnia, do której zmierzamy, ale suma sumarów szybko znaleźliśmy właściwe miejsce.
Schodząc do Tokarni dostałem smsa, że moje córeczki chorują i żona nie daje już rady, więc musiałem ewakuować się z Tokarni do domu…
Ale wracając do trasy, po drodze zaliczyliśmy jeszcze Kalwarię Tokarską, do której odwiedzenia wcześniej zachęciłem Franka i dziewczyny. Kalwaria jest dziełem życia miejscowego artysty ludowego Józefa Wrony. Jej budowę rozpoczął w 1982 roku, a przyczynił się do tego w dużej mierze ówczesny proboszcz, ks. Jan Mach. Od tego czasu, co roku, pojawiają się nowe figury.
Na skrzyżowaniu rozdzieliliśmy się – dziewczyny z Frankiem ruszyły w stronę Skomielnej Czarnej szukając jakiegoś miejsca na nocleg, ja busami, przez Kraków dotarłem w piątek rano do domu.
No, ale przecież obóz trwał nadal…
DZIEŃ 4 (09-07-2010, PIĄTEK)
Trasa na piątek była już dużo krótsza, do czego przyczynił się żar z nieba… Z Tokarni przez Łysą Górę i Groń nasze dzielne dziewczyny, prowadzone przez Franka dotarły do Osielca, skąd busami wróciły do domów.
PODSUMOWANIE
Cztery dni, pięcioro uczestników, trasa, której już chyba żaden obóz wędrowny nie powtórzy (ciężko byłoby trafić na te nieoznaczone ścieżki, którymi wędrowaliśmy), zmienna pogoda… Na pewno obóz, choć krótki, długo pozostanie w naszej pamięci…
Szymon Baron


