10-11 kwietnia 2010 r.
Prognozy na weekend kiepskie. Bardzo kiepskie. Jedziemy w cztery samochody. Kierunek Mała Fatra. Już po drodze zaczyna padać – raz słabiej, raz mocniej – ciągle…
Jeszcze w Diery wyruszamy przybrani w kolorowe peleryny, jeszcze tam i ówdzie kołysze się parasol. Deszcz jednak pomału daje za wygraną, gdzieniegdzie przebija się nawet słońce przez błękitne dziury w niebie. Gdzieś po drodze Szef proponuje poszukiwanie Skalnego Miasta – no bo po co błąkać się po wydeptanych szlakach… Nie znaleźliśmy go. Stary szlak już dawno zatarł czas, ścieżki zarosły… Po przedzieraniu się przez strumienie, błoto, śnieg i chaszcze, drogę zamknęły pionowe skały. Zostało nam już tylko szukanie drogi powrotnej. Przed samą Stefanową znowu lunęło… Uciekliśmy przed deszczem zahaczając jeszcze o ruiny zamku w Lietawie. Potem trzeba już było szukać noclegu. Po ciemku część osób kwaterowała się pod dachem, a część rozbijała namioty.
Drugi dzień to zdobycie Klaka, który góruje w zachodniej części Małej Fatry. Na dole wiosna, a im wyżej tym zimniej i… piękniej. Drzewa i trawy stały w białych szatach. Ze szczytu schodziliśmy pomiędzy drobnymi płatkami śniegu. Na dole znowu padał deszcz.
Szczęście… dobra passa, a może nagroda za wytrwałość…
Góry czasami nagradzają nieugiętych…

Anna Chmura

