27-28 marca 2010 r.
Celem tej ekspedycji było zdobycie Stożka Wielkiego, ale nim tam doszliśmy – wydarzyło się niemało…
Tym razem początek wyprawy wskazywała na jej tragikomiczny przebieg. Autorka niniejszych wspomnień, siedząc w autobusie wiozącym „uczestników” tej wyprawy z Bielska do Skoczowa, była w konsternacji – zapowiadało się, że na jednego kursanta będzie przypadał jeden przewodnik. Ściśle rzecz ujmując, to na jedną kursantkę – trzech przewodników (bo nasz Szymek to dla mnie tylko formalnie nie jest jeszcze przewodnikiem beskidzkim). Tyle komedii, a tragedia – jak ja ich dogonię!
Każdy „średnio” inteligentny już policzył, ilu nas wyruszyło – lecz jak to zwykle bywa, coś się zamiesza, pomiesza, ktoś spadnie, wpadnie, dopadnie i panoramę ze skoczowskiego wzgórza Kaplicówka oglądaliśmy już w szerszym gronie.
A ze Skoczowa do Goleszowa wyruszyliśmy… na piechotę… wzdłuż torów, wskutek niskiej częstotliwości ruchu pociągów i wrodzonych, u większości z nas, mrówek… w nogach, po drodze prowadząc różne uczone dysputy, np. o ponorach (kto nie wie co to, niech sobie doczyta, bo wstyd!) i odwiedzając pomnik upamiętniający wydarzenia z II wojny światowej.
Po trzech kilometrach chwilowo przyspieszyliśmy tempo wyprawy i wsiedliśmy jednak, na kolejnym przystanku, do pociągu, który dowiózł nas do Goleszowa. A w pociągu ciekawostka – przenośna kasa biletowa z baaaaardzo długim papierowym drukowanym biletem – a lasów coraz mniej – ach ta ochrona środowiska w PKP…
Franciszek przedstawił nam historie goleszowskiej, już nie istniejącej cementowni (w czasach jej świetności wytwarzano tu cement portlandzki i „Siccofix”). Zatrzymaliśmy się przed tablicą pamiątkową upamiętniają istnienie w tej miejscowości filii hitlerowskiego obozu koncentracyjnego.
Małe zakupy i w góry! Stożek naszym celem!
A pogoda była piękna dnia tego… PRIMA VERA (pierwsza wiosna), jak to śpiewnie mówią w Italii. Nasza beskidzka wiosna nie ma sobie jednak równych! Franciszek zwracał nam uwagę na białe lepiężniki i niebieskie przylaszczki, czy też fioletowe „jeziora” kwitnącego głównie w zagajnikach i wąwozach żywca pospolitego. Najpiękniejsze jednak było przed nami, po obejrzeniu rezerwatu cisów, trochę przypadkowo, za drobną sugestią „przechodzących” turystów udaliśmy się na Tuł, a tam, niesamowity widok – ocean przebiśniegów – w takich chwilach, jak to powiedział Szymek – czuje się tchnienie Odwiecznego…
Były i mniej przyjemne epizody tego dnia – nasza Mariolka zaczęła mieć problem z kolanem – dlatego Szef zdecydował o drobnej korekcie trasy, zejściu do Nydka i wyjściu na Stożek przez Filipkę. Szymek koniecznie „chciał” jednak zdobyć tego dnia Wielką Czantorię (musiał szybciej wrócić do domu), nastąpił tu rozłam grupy, tzn. odłam, bo pozostali ruszyli za Franciszkiem. I niech żałuje, bo w Nydku obejrzeliśmy tamtejszy zabytkowy kościół drewniany z 1576 r.
Nastąpił też oczywiście element nieformalny – przyjemny przystanek w miejscowej gospodzie, gdzie testowaliśmy tamtejszy złoty napój (jako patriotka lokalna nie mogę nie skomentować, że jednak daleko mu do tego produkowanego w moich okolicach)!
A później, szlakiem czerwonym, dalej tocząc uczone dysputy, tym razem o środkach unijnych (a jakże) żwawo ruszyliśmy na Filipkę.
No dobra – rozmowy nasze dotyczyły i tematów lżejszych, a pod koniec dnia, gdy „pierwsza wiosna” zmieniła się w „ostatnią zimę” – powoli przycichły. Samo podejście pod Stożek nie było zbyt przyjemne, dzień dogasał, siły (u niektórych „nie-przewodników”) wygasły, a tu te wredne oblodzone kamienie. Trzeba być jednak, jak zwykle „twardym, a nie miętkim”; nie w takich opałach się przecież bywało. Widok schroniska serca jednak (a i nogi, i płuca) bardzo uradował!
W schronisku przyjęła nas sympatyczna Pani, a jakaś „rozweselona” grupa tam „mocno rządziła”. Byliśmy w mniejszości, więc po tradycyjnie wspólnie przygotowanej i zjedzonej wyśmienitej kolacyjce udaliśmy się do naszego pokoju.
Gdzie te kursy na których śpiewano, wiersze układano! My niestety nie śpiewamy, ale być może zmieni się to kiedyś (mnie wyrzucono ze szkoły muzycznej, to może mam usprawiedliwienie, ale wcześniej tam przyjęli – więc chyba nie…) No, nie ma z nas Szef pociech, oj nie ma – nic to, powspominaliśmy tych, co to pięknie na innych kursach to robili!
A rano – do Wisły marsz, a tu leje i śnieg pada…Prima vera! Już jednak po chwili wypogodziło się! Żółtym, a później niebieskim szlakiem do Wisły. Tu panoramka, tam panoramka, przeszliśmy obok Kobyły (skały takiej, wspinaczkowej) – a wiecie, że np. szczyt Baraniej Góry (1220 m n.p.m.) znajduje się w granicach miasta, pewno wiecie – nie będę pisać…
A w Wiśle – kawiarenka i TAAAKIE CIACHA!
Och jak ja to lubię, że Szef też lubi ciacha i oprócz genialnej znajomości gór posiada i genialną znajomości usytuowania w różnych miejscowościach kawiarenek z sernikami, napoleonkami i magdalenkami… i nas tam zabiera…
Ale nie o tym bajka… Wisła – chodnikiem wzdłuż asfaltu i potoku (- jaki to potok? – Kopydło – oczywiście, że wszyscy wiedzieli) – może mniej przypadła mi do gustu (wolę te oblodzone podszczytowe kamienie), ale jakoś do tej Malinki trzeba dotrzeć… A odwiedziliśmy i cmentarz ewangelicki, a w Malince obejrzeliśmy i skocznię…
To jeszcze nie koniec tej opowieści. Jeszcze musimy dojść do Szczyrku – przez Salmopol udaliśmy się tam – jak, błagam nie mogę sobie przypomnieć, bo to trudno zapamiętać, jak biegnie się za kimś, kto nigdy się nie męczy, nie odpoczywa i nawet nie można mu nic powiedzieć, bo on tu rządzi…, a mowa jest tu nie o kimś innym, a o… własnym przerośniętym ego (i ambicjach) 🙂
Szarzało już, jak z pomocą komunikacji prywatnej i państwowej wracaliśmy do domów. Kto się nie wybrał, niech żałuje, bo to się „Ne vrati”! 🙂
Dorota Studencka


