13-14 lutego 2010 r.
Jechaliśmy na coroczne szkolenie z różnych stron. Spotkaliśmy się w nowym schronisku, które nota bene bardzo nas rozczarowało. No cóż…przybył w naszej górskiej rzeczywistości kolejny hotel górski. To już nie to samo miejsce, nie ten sam czas i nie Ci sami ludzie. Stare schronisko miało niepowtarzalną atmosferę i historie wpisane w próchniejące ściany. Nowe to zbyt mało miejsc noclegowych wśród przestronnych korytarzy i zimna, odpychająca jadalnia – szkoda, że razem za starym schroniskiem zginęło coś niepowtarzalnego i nieuchwytnego.
Przygotowanie sprzętu zajęło nam trochę czasu i dostarczyło dobrej zabawy, a nasze poczciwe Beskidy urosły w naszych oczach. Szukanie wystarczającej ilości śniegu, aby w praktyce liznąć podstaw zimowej wiedzy, nie dało rezultatów. Niewiele myśląc, na następny dzień po krótkim kursie teoretycznym ruszyliśmy na szczyt. Prezentowaliśmy się wspaniale ! Ot, prawdziwy wysokogórski zespół ! Na grań wyszliśmy percią akademicką. A na górze biało – nie tylko pod nogami, ale wszędzie dokoła…
Pogoda niestety nie sprzyjała w tym roku dodatkowym atrakcjom zimowego szkolenia. Zabrakło tak oczekiwanych „dupozjazdów”. Pomknęliśmy więc za niknącym we mgle lub chmurach Franciszkiem, związani życiodajną liną, która czasami plątała nam się po śniegu – choć bardzo się staraliśmy.
Na szczycie nie było nawet tak źle. Wiatr trochę ucichł i pozwolił na długą sesję zdjęciową. Droga w dół była krótka. Zabrakło pięknych widoków, łańcucha Tatr na horyzoncie… Po cóż było stawać ? Nieprzyjazna była Królowa Beskidów w tym roku. Chowała przed nami kolejne tyczki wyznaczające trasę zejściowa, zawiewała w oczy śnieżnym pyłem, przystrajała włosy i rzęsy lodowymi sopelkami.
Ale to nic – przecież każda taka wyprawa pozostawia gdzieś w nas niezatarty ślad. Spotkanie z górską rzeczywistością nie zawsze jest oświetlone słońcem. Ale mimo to daje radość i tak potrzebne wytchnienie od codziennej monotonii.
Anna Chmura


