16-17 stycznia 2010 r.
Zimowy poranek… przystanek autobusowy… mało nas, ale taki to już urok tego kursu. Wysiadamy w Kalwarii Zebrzydowskiej i kierujemy się do klasztoru. Stroma górka do pokonania i już wyłaniają się wieże bazyliki. To wyjątkowe miejsce… perełka architektury wspaniale położona, do której ciągną rzesze pielgrzymów. Wzgórze sprzyjające zadumie i refleksji wśród cichych i spokojnych kalwaryjskich ścieżek. Po klasztornych zabudowaniach oprowadził nas znajomy brat Hiacynt- wychowanek Franka ! Świat jest mały… Wyjątkowa atmosfera sanktuarium zatrzymała nas na dłużej wśród licznych kapliczek – mniejszych i większych stacji drogi krzyżowej. Krążyliśmy wokół klasztoru, a mróz coraz bardziej dawał nam się we znaki. Dlatego skierowaliśmy swe kroki w stronę góry lanckorońskiej, majaczącej w oddali. Marsz rozgrzewał i przybliżał nas tego krótkiego dnia do ciepłego schroniska. A kapliczki dróżek kalwaryjskich towarzyszyły nam cały czas, mimo oddalania się od serca Kalwarii – klasztoru na wzgórzu. Odwróciliśmy się po raz ostatni. W oddali widniały wieże bazyliki, a my opuszczaliśmy przyjazne i ciche zakamarki otulone białym puchem. Zrobiliśmy jeszcze postój w Brodach. Malutka wioska skrywa prawdziwy skarb – piękny kościół, który ku naszemu zaskoczeniu był otwarty. Przytulne wnętrze otuliło nas ciepłem. Dobrze było na chwilę zdjąć plecaki i usiąść w ciszy. Podziwialiśmy piękne malowidła i zdobienia. A potem droga poprowadziła nas dookoła góry lanckorońskiej do ruin zamku, które oglądaliśmy już o zmierzchu. Rynek w Lanckoronie przywitał nas zapalonymi latarniami i niezwykłym klimatem małego miasteczka. Jeszcze ostatnie zakupy i tu kolejne zaskoczenie – czekał na nas pachnący chleb i sernik rozpływający się w ustach. Kto by pomyślał…
A ranek wstał cudowny, baśniowy… nad nami błękit, promienie słońca przeglądające się w opatulonych bielą domach i wszystko cudownie ciche i błyszczące. Jakby czas się zatrzymał… A przed nami daleka droga. Szosa za Lanckoroną uciekała szybko spod nóg. Szło się lekko. W sercu było tak jakoś błogo i ciepło, mimo że mróz trzaskający. Na ustach uśmiech, a wzrok błądził aż po horyzont, topiąc się w cudownościach zimy. Szliśmy mało uczęszczanymi szlakami, a naszym celem był odległy Maków. Kilometrów przybywało, a my ciągle schodziliśmy w kolejne doliny i wspinaliśmy się na kolejne grzbiety. Ostatnie podejście i jak dla strudzonych pielgrzymów, na szlaku gościnna kapliczka. Uff… dopiero tutaj na Koskowej Górze mogliśmy urządzić dłuższy postój. A potem już tylko długie zejście do Makowa – po ciemku, bo dnia nam brakło. Przedeptaliśmy ścieżki mało znane, puste także ze względu na porę roku, niezwykłe przez zapomnienie i opuszczenie. Warto tam wracać…Tu będzie opis z czwartej wycieczki kursowej.
Anna Chmura


