20 grudnia 2009 r.
„Zbiórka o 8.00 w Olszówce” – zarządził Franek na wtorkowym wykładzie.
Przystanek autobusowy w Olszówce, godzina 8:00. Panuje nastrój „bladego świtu”… To już koniec listopada, pogoda jest „podejrzana”, a i jest to w końcu leniwy, niedzielny poranek, gdy ludzie „normalni” ani myślą o opuszczeniu swoich łóżek, a cóż dopiero domów i plątania się gdzieś po lasach i górach…
Powoli schodzimy się w umówione miejsce. Jest Ala, Przemek, Paweł i Paweł, Marcin, Dorota i oczywiście Franek. Niewielu nas – cóż, taki „przeludniony” kurs – jest za to kameralnie…
„I co… idziemy?” – Franciszek daje sygnał „do startu”.
To pierwsza wycieczka górska jest więc bardzo zachowawczo… nie znamy się… wsłuchujemy się z uwagą w słowa mistrza…
Słuchamy o historii tego niezwyczajnego miejsca. Jak można dowiedzieć się z zapisu na pamiątkowej drewnianej tablicy, już w 1312 r. oddanego przez księcia cieszyńskiego Mieszka I bielskim mieszczanom „cierpiącym z powodu braku drewna”. Oryginalny tekst nadania przetrwał jako najstarsza historyczna wzmianka o Bielsku. Po wielu dziejowych perypetiach obszar ten został rozszerzony i przekształcony przez bielskich przemysłowców w końcu XIX wieku w podmiejską dzielnicę parkowo-willową. Ślady tamtej świetności są do dziś widoczne w postaci neostylowych willi (Pollaka, Przybyły, Jelinka), jak i ścieżek oraz szlaków turystycznych.
Idąc dalej mijamy budynek stacji linii tramwajowej, doprowadzonej tu z centrum miasta w 1895 r., a której żywot pomimo licznych protestów bielszczan zakończył się 30 kwietnia 1971 r. Szkoda, że nie ma już w bielskich tramwajów… Już kilkakrotnie słyszałam od ludzi przyjeżdżających tutaj, że czegoś im na głównych ulicach brakuje… a tym czymś są… tramwaje…
Wystarczy tego – czas ruszyć w las !
Cygański las, a tu żadnego obozu cygańskiego nie widzimy – czyżby tabor popędził z wiatrem… Cóż, jak można przeczytać w jednym ze znamienitych przewodników, żadnych Cyganów nie widziano w tym eleganckim miejscu już w XIX wieku, więc trudno ich tu szukać i obecnie. Nie wiadomo też, skąd wzięła się tak romantyczna nazwa tego miejsca… a może, jak niektórzy sądzą od niemieckiego Ziegenwald (Kozi Las)? Ja – wolę jednak wersję z „wiecznymi włóczęgami” w tle.
Co do włóczęgostwa – kierujemy się szlakiem w stronę leśniczówki na Błoniach. Franciszek pokazują nam pomnik Schuberta, a następnie dochodzimy do Stołu Jana, będącego świadectwem odbywających się tu w XVII i XVIII wieku, w czasach kontrreformacji, tajnych nabożeństw protestanckich.
Trawersując zbocze Koziej Góry zatrzymujemy się na chwilę, aby opisać panoramę miasta i okolic. Ze zmiennym szczęściem i dużą korektą Szefa.
W czasie marszu natrafiamy na resztki „dawnych” obiektów sportowych – nieistniejących już skoczni narciarskiej i toru saneczkowego. Wierzymy Franciszkowi na słowo, że skocznia tu stała – nie ma po niej znaczących śladów – owszem pozostał stok o ostrym spadku i trochę żużlu – szkoda…
Idziemy wzdłuż pozostałości naturalnego toru saneczkowego, niegdyś jednego z najdłuższych w Europie, opierającego się niszczącej próbie czasu i wandalizmu. Pozostały z niego jedynie kamienne i betonowe wiraże. Tor ten powstał jeszcze w XIX wieku, a Bielsko-Biała stało się w XX wieku jednym z głównych ośrodków saneczkarstwa w Polsce. Franciszek opowiedział nam też o smutnym wydarzeniu, które dało kres temu obiektowi – w 1985 roku o drewnianą zaporę rozbił się Paweł Ryba, zawodnik Startu Bielsko.
Docieramy do schroniska na Koziej Górce, czyli popularnej Stefanki – tu czytamy o jego historii. „Początki schroniska datuje się na koniec XIX w., wtedy bowiem powstała tam mała chata służąca robotnikom leśnym za schronienie (…)” – czytelnicy tej kroniki na pewno znają tę historię na pamięć, daruję więc sobie dalsze wywody na ten temat…
Herbatka wypita – w drogę! Kierunek Szyndzielnia!
Pniemy się na ten popularny wierzchołek, który większość turystów „zdobywa” łatwo i szybko nowoczesnym wagonikiem kolejki linowej. Ta forma dostania się na Szyndzielnę wskazana byłaby i dla opowiadającego tę historie „podmiotu lirycznego”, a dokładnie nóg tegóż, które na jednym ze stromych podejść „wyłączyły się” i nie chciały działać. Dobrze, że nasz przewodnik, chcący przekazać kursantom wiedzę wszelaką, zatrzymał się przy jednej z pułapek na korniki i przystąpił do pokazowego jej rozmontowania (a później składania) – była chwila na „pertraktacje” ze złośliwymi kończynami! Wspaniale też, że na tym pięknym świecie są i dobrzy ludzie! Dziękuję Ci Alu droga raz jeszcze, że na mnie poczekałaś i podtrzymywałaś na duchu!
W jednym z najpiękniejszych beskidzkich schronisk, na Szyndzielni, czekała na nas miła niespodzianka – dotarli tu przed nami Renia z Maćkiem i… wałówką od naszej Ani, a ściśle rzecz ujmując od Artura, na którego urodzinach balowali nocy poprzedniej…
Cóż, wracajmy do górskich wspomnień…
W schronisku jak zwykle „królował” Franek, który „wszystkich zna”, tzn. wszyscy go znają! Po tychże standardowych obrzędach kontynuowaliśmy naszą wyprawę.
Szeroką trasą ruszyliśmy w kierunku Klimczoka. Na przełęczy „robimy” panoramę, po czym docieramy do żółtego szlaku prowadzącego na Błatnią. Po drodze Franciszek wskazuje nam miejsce, gdzie znajduje się wejście do jaskini w Stołowie – jaskiń nie lubię, nie będę więc o niej pisać…
Zapomniałam wspomnieć, że w międzyczasie wyklarowała nam się piękna pogoda… – „Wszystko to odmienne – łaska pańska, gust kobiet, pogody jesienne” (I. Krasicki) 😉
Szlak cały czas prowadzi lasem. Tabliczka po prawej informuje, że bór na północnych zboczach grzbietu należy do rezerwatu leśnego „Stok Szyndzielni”. Droga mija po lewej ładną kapliczkę na drzewie, skręca w lewo i krótkim podejściem wspina się na zalesiony Stołów. W ramach wszechstronnego rozwoju, Szef – nasz przewodnik, zwrócił nam uwagę na rosnącą przy szlaku roślinę chronioną – naparstnicę.
Dochodzimy w końcu do polany na Błatniej. Tutaj pamiątkowe zdjęcie. Idąc dalej szlakiem, skręcamy łagodnym łukiem w lewo, by dojść do skrytego za kępą drzew schroniska.
I to schronisko ma miłą atmosferę i jest wypełnione turystami. Odczytujemy kolejne zapisy z Frankowej książki o schroniskach. Renia martwi się o Franka, ponieważ doszły ja słuchy o tym, że żywi się on ostatnio chlebem z dżemem – szybko to postanawia zmienić i przystępuje do wykonania dla niego kanapki z pasztetem od Ani… I tu okazuje się, że schronisko na Szyndzielni wzbogaciło się o nóż Ani, który ktoś oddał nieświadomie wraz z naczyniami… Mamy nadzieję, że Ania nie będzie miała nic przeciwko tej nieplanowanej darowiźnie…
Dzień chyli się już ku zachodowi, gdy schodzimy „na skróty” w kierunku zapory w Wapienicy. Dzień jest krótki, powoli zapada zmrok…
I to już koniec tej sympatycznej przygody – jedziemy do domu – jutro do pracy.
Dorota Studencka

