13 grudnia 2009 r.
Wycieczka po Bielsku… Okazuje się, że znane miasto, tak naprawdę jest nieznane gdy zagłębimy się w jego uliczki, zakamarki, w jego historię, gdy zamienimy samochody na własne nogi. Spacer rozpoczęliśmy pod dworcem PKP i zagłębiliśmy się w część przemysłową miasta. Kiedyś stare fabryki tętniły życiem, teraz w zaledwie jednej słychać jeszcze charakterystyczny dźwięk pracujących krosien. Dobrze więc, że budynki słynące ze swych wyrobów włókienniczych odzyskują obecnie swoją świetność i nie straszą już wybitymi oknami i szarymi, smutnym ścianami. Jeszcze niedawno przymusowy z reguły spacer po tej części miasta odstraszał i przygnębiał. Z dzielnicy czysto przemysłowej przeszliśmy na cmentarz ewangelicki przy ul. Mostowej. Założę się, że wielu bielszczan nigdy tam nie było i nawet nie wie o jego istnieniu. A może i dobrze, że to miejsce wiecznego spoczynku i zadumy, znajdujące się w samym centrum miasta, jest tak schowane przed oczami niewtajemniczonych. Wąska uliczka Staszica zaprowadziła nas następnie na Pl. Wojska Polskiego i dalej w kierunku Ratusza.
Następny, obowiązkowy przystanek to Muzeum Techniki i Włókiennictwa. Był nam on potrzebny, bo mróz już bardzo doskwierał i wwiercał się we wszystkie zakamarki. W muzeum mieliśmy najlepszego przewodnika jakiego mogliśmy sobie wymarzyć – czyli naszego pana prezesa. Wszyscy wiemy, że jest on znawcą świata włókiennictwa i może o nim gawędzić godzinami. W jego opowieściach maszyny ożywają, a dawny świat powraca. Franciszek tak nam się wśród tych dawnych krosien rozgadał, że musieliśmy go powstrzymywać przed zasypaniem nas dalszymi szczegółami, bo pewnie byśmy z Muzeum wcale nie wyszli. Nasze możliwości percepcji też się w pewnym momencie wyczerpały.
Po drugiej stronie ul. Zamkowej zaczyna się inna rzeczywistość. Zostawiamy za sobą proste bryły bielskich fabryk i zagłębiamy się w świat architektonicznych cudeniek i jakby inną epokę… Teraz prowadziły nas wąskie uliczki Starówki, która po remoncie rynku i okalających go kamieniczek zyskała nowe, może nie do końca przez wszystkich akceptowane oblicze. Brakuje tu zieleni, szkoda wyciętych drzew…
Ulicą Krętą zeszliśmy ze wzgórza zamkowego na Pl. M.Lutra. To serce świata ewangelickiego, niegdyś z braku akceptacji powstającego poza murami grodu. Dziś ostoja spokoju, funkcjonująca w centrum dużego, gwarnego miasta. Wizyta na drugim cmentarzu ewangelickim rozciągającym się między ulicami Grunwaldzką i Modrzewskiego, zburzyła nieco ten obraz ładu i porządku. Zaniedbane, poprzewracane nagrobki, chaszcze, zburzony mur cmentarny przez który przechodziliśmy, śmieci… A z przodu okazała brama broniąca dostępu i chroniąca tę mroczną tajemnicę miejsca zapomnianego przez Boga i ludzi. Ostatni na naszej dziś drodze cmentarz ewangelicki przy ul. Listopadowej, był przeciwieństwem tego tutaj. Zadbany i ogólnie dostępny. Podniósł nas na duchu ten widok.
Wracaliśmy do centrum ulicą Mickiewicza, podziwiając piękne kamienice i stare wille, będące niczym perełki w świecie dawnych fabryk. To była ta bogata część miasta… Na Placu Chrobrego pożegnaliśmy się. Byliśmy zziębnięci i zmęczeni. Franciszek miał jeszcze pewnie coś w zanadrzu, ale nie nalegał. Plan i tak został zrealizowany prawie w 100%.
Polecam wszystkim zmotoryzowanym i nie tylko – jak najwięcej spacerujcie po naszym ciągle zmieniającym się mieście. Odkryje ono wtedy przed Wami wspaniałe zakątki, jeszcze nieraz zadziwi i olśni swym pięknem.
Anna Chmura

