PKS Rybnik wiezie nas do Nowego Targu, gdzie ma zacząć się nasza trasa. Nieświadomi tego co nas czeka tryskamy optymizmem, żartujemy, ucinamy sobie niezobowiązujące pogawędki. Pierwsze kroki w Nowym Targu kierujemy do sklepu spożywczego aby zrobić zapasy tego i owego. Pod sklepem konsumujemy paszteciki popijając ciepłą Warką (wybacz Harnasiu). Droga do Ludźmierza daje nam przedsmak tego co nas czeka przez następne 8 dni. Gdzieś w oddali Franek, a raczej jego plecak, a za nim niemiłosiernie rozciągnięty peleton kursantów. W Ludźmierzu zwiedzamy Sanktuarium i posilając się strawą pielgrzymów – zupa pieczarkowa z pomidorami lub zupa pomidorowa z pieczarkami, do tego kotlet, ziemniaki i suróweczka – ruszamy drogami i bezdrożami Podhala w stronę Żeleźnicy. Żar się leje z nieba, woda się kończy, a my, spoceni, zakurzeni stawiamy nogę przed nogą i z uśmiechem na ustach pokonujemy kolejne kilometry. W Dziale stajemy w strefie bufetu. W naszych rękach pojawiają się butelczyny Harnasia. Ku naszemu zdziwieniu okazuje się że jest promocja, w której można wygrać… Harnasia. Ku naszemu jeszcze większemu zdziwieniu okazuje się, że z pięciu zakupionych zrobiło się SIEDEM! Wtedy nieśmiało proponujemy Frankowi żeby tutaj zostać skoro szczęście sprzyja i można by kontynuować tak miło rozpoczętą grę w Harnasia. Na nasze nieszczęście Franek nie daje się namówić i musimy iść dalej. Pozostaje nam walka z topiącym się asfaltem i kłębiące się myśli w naszych głowach – ileż tam można było wygrać…? Pod Żeleźnicą kupujemy oscypki od gaździny, wytargowane po 80 groszy, ale zapłacone po złotówce przez Franka (został zbajerowany). Wreszcie około 19 docieramy na polanę pod Żeleźnicą i rozbijamy nasz pierwszy obóz. Obowiązki zostają podzielone i po kilku chwilach stoją namioty, ogień płonie, woda świeża przyniesiona, kanapki zrobione, żyć nie umierać… i tylko kołatająca się w głowie myśl – ileż tam można było wygrać?
Dzień 2: Żeleźnica – Raba Wyżna – Rabka – Luboń Wielki (25,1 km)
Drugi dzień wita nas przepiękną pogodą. Na śniadanko zjadamy kiełbasę z ogniska, której nie zjedliśmy dzień wcześniej i parę minut po 8 jesteśmy już w drodze do Raby Wyżnej, do której dochodzimy około 0940. Tutaj ładniejsza część zespołu + Franek udaje się na mszę, Piotrek udaje się do domu, a reszta znika pod mostkiem racząc się… a jakże Harnasiem i Żywcem i snując marzenia o tym co by tu można ugotować we Frankowym kotle. Różne pomysły przychodzą nam do głowy, a złocisty napój jeszcze bardziej pobudza kubki smakowe. Z zadumy nad jedzeniem wyrywają nas ludzie wracający z kościoła, znaczy zaraz będziemy wyruszać. Pogoda nieznacznie się psuje i na podejściu po Piątkową Górę zakładamy peleryny, które po jakichś 15 minutach okazują się zbędne, gdyż znowu wychodzi słoneczko, a my w doskonałych nastrojach zmierzamy w kierunku Rabki. Po drodze zaliczamy strefę bufetu pod kościołem w Chabówce. W Rabce na przystanku autobusowym zasiadamy do Harnasia i znowu los się do nas uśmiechnął. Franek z Kasią udał się do spożywczego na zakupy i jak się okazało nie był to dobry pomysł. Z drugiej jednak strony miód nie był zły, szynka pierwsza klasa, a serniczek palce lizać. Chociaż wtedy mieliśmy o tym trochę inne zdanie. Załadowani jedzeniem i napojami atakujemy Królewską Górę, która okazała się dla nas mało przyjazna zmuszając nas do przeprawy przez Rabę, a Kasię nawet do salta ze śrubą w warunkach średnio temu sprzyjających. Ale co to dla nas, przecież most przez rzekę był aż 500 merów dalej. I tak się do niego nie dało dojść… Godzina 19, może by tak zostawić Luboń Wielki na rano…? Myśl ta czyja? Gdzieś w głowie się obijała nie znajdując ujścia. Powoli, załadowani towarem jak nosicze w Tatrach Słowackich idziemy do góry. Szlak coraz bardziej stromy a Franek mówi, że najlepsze przed nami. Nawet o tym nie myślę, nie zatrzymuje się, bo nie ruszę. Ciekawe, o której jutro mam autobus do Żywca? Coraz głośniej to słyszę. Wreszcie jest – Perć Borkowskiego. Zapiera dech, coś takiego na tej wysokości, wydaje się niemożliwym. Wszystkie myśli o autobusach pękły jak bańki mydlane, prawie na szczycie, jeszcze tylko zakręt, trochę po płaskim, podejście, znowu po płaskim i widać schronisko. Już tylko myślimy z Jackiem o tym żeby odpocząć i jutro skrócić trasę. Ściemniło się, Franek już bez plecaka idzie zobaczyć co z nami, a my szczęśliwi, że się skończyło, z planem B na poniedziałek dochodzimy do schroniska jak na spacerze po parku w Żywcu. Z racji późnej godziny na kolację zjadamy kanapki i uzupełniając płyny siedzimy do głębokiej nocy rozprawiając przy muzyce o sporcie…
Dzień 3: Luboń Wielki – Mszana Dolna/Szczebel – Lubogoszcz – Przełęcz Wielkie Drogi (21,9 km)
Wstajemy zmęczeni, czy to wczorajszą trasą czy spożytymi napojami wyskokowymi. Bardzo, ale to bardzo wolno zabieramy się do przygotowania śniadania. Po raz pierwszy będzie nam dane skosztować sławnej PULPY z Frankowego kotła. Pulpa jest z ryżem, konserwą, ogórkami i właściwie to ze wszystkim co tam mieliśmy w plecakach. Nie wszyscy są chętni do jedzenia, ale jakoś idzie. „Niestety” zostaje pół kociołka i zostawiamy jedzenie na Luboniu, niech mają specjalność dnia. Schodzimy z Lubonia w kierunku Przełęczy Glisne i tam postanawiamy z Jackiem oddzielić się od reszty, omijając Szczebel (Strzebel), udajemy się asfaltem w kierunku Mszany Dolnej. Po przejściu około 300 metrów postanawiam złapać „stopa” i ku naszemu zdziwieniu zatrzymuje się nam młoda góralka wypasionym audi. Dwa razy nie musiała nas zapraszać. Nieważne, że nie jechała do Mszany Dolnej, podwiozła nas. Nieważne, że w samochodzie wysprzątane, a my ubłoceni z plecakami i ze… śmieciami. Po raz kolejny spotykamy się z życzliwym nastawieniem miejscowych do turystów. Jak się okazało pani chciała odwieźć nas pod sam las szlakiem na Lubogoszcz, ale wymówiliśmy się potrzebą odwiedzenia sklepu, nie chcieliśmy ryzykować niepotrzebnych przygód. W końcu energia była nam potrzebna na chodzenia po górach a nie ganiania za babami, jakie by nie były, ale w sumie szkoda. W sklepie gramy w Harnasia, kupujemy prowiant i spokojnie udajemy się kierunku Lubogoszcza, robiąc sobie godzinny piknik na łące pod lasem. Następny piknik zarządzamy na Lubogoszczu, gdzie spędzamy również koło godziny licząc na spotkanie z resztą obozowiczów. Niestety w cieniu przemarzają na d… i schodzimy na umówione spotkanie w Kasinie Wielkiej. Rozbijamy obóz przy dworcu PKP i czekamy. Godzina… dwie…. i pół i już są!!!! Trochę się wynudziliśmy, ale przede wszystkim jesteśmy wypoczęci. Dalej ruszamy wszyscy razem i już o zmroku rozbijamy namioty na Przełęczy Wielkie Drogi. Na kolacje Franciszek serwuje nam Pulpę Makaronowo – Jogurtowo – Dżemową, z którą walczymy również na śniadanie dnia następnego.
Dzień 4: Przełęcz Wielkie Drogi – Lubomir – Myślenice – Plebańska Góra (24,8 km)
W nocy trochę postraszył nas deszczyk, więc rano nie spieszymy się zanadto czekając aż przeschną namioty i dopiero wtedy ruszamy w dalszą drogę. Pogoda się zdecydowanie poprawia, co powoduje pewne rozprężenie i już po dwóch kilometrach gubimy z Jackiem i Dawidem szlak, ale nie z takich opresji się wychodziło i po kilkudziesięciu minutach jesteśmy z powrotem na szlaku. Pytanie brzmiało czy jesteśmy dalej pierwsi, czy też jesteśmy na końcu? Postanawiamy zagrać w Harnasia na Przełęczy Jaworzyce i po chwili okazuje się, że byliśmy jednak pierwsi. Po półgodzinie ruszamy na Lubomir, najwyższy szczyt Beskidu Makowskiego, ale czy na pewno? Podejście bez historii, gdyby nie to, że Franek który wyszedł z przełęczy ostatni, ni stąd ni zowąd, zmaterializował się przed nami po kilku zakrętach. Do dzisiaj nie zdradził jak to zrobił, ale my też mamy tajemnice… Po wyjściu na Lubomir posyłamy dziewczyny z misją załatwienia zwiedzania Obserwatorium, które zostało wybudowane na szczycie. Niestety wracają z kwitkiem, żeby nie powiedzieć na tarczy, tedy ruszamy do schroniska na Kudłaczach. Tam spożywamy resztki szynki z Rabki, resztki oscypków i jeszcze inne resztki, o których nie ma co pisać. Droga z Kudłaczy do Myślenic ciągnie się niemiłosiernie, powodując u niektórych głupie myśli co kończy się później wyniesieniem na Plebańską Górę 4 kg ziemniaków, ale warto było! Wreszcie udaje się dojść do ruin zamku i za chwilę już jesteśmy na asfalcie i przez miasto idziemy na rynek. Na rynku pielęgnujemy miejscowy ogródek nie marnując ani kropelki przy podlewaniu. Pobyt w Myślenicach się lekko przedłuża, ale w końcu zwijamy manele i idziemy dalej. Po drodze gubimy szlak, gubimy Kamila, który idąc szlakiem trochę nas wyprzedził. W prawie egipskich ciemnościach dochodzimy do kapliczki nad Plebańską Górą (prawdopodobnie na Mikołaju) i zabieramy się do roboty, a animuszu dodają nam deszczowe chmury zbierające się niebezpiecznie na niebie. Jako, że pora późna to nikt nie myśli o wymyślnych daniach, jemy proste obozowe jedzenie.
Dzień 5: Plebańska Góra – Kotoń – Zawadka (9,2 km)
Deszcz i jeszcze raz deszcz, w końcu nas dopadł w dzień. Wyzywamy go na pojedynek rozpalając ognisko. Śniadanie to prawdziwa Liga Mistrzów gotowania – Duszonki z boczkiem i grzybami. Po raz pierwszy okazało się, że kociołek nie jest jednak wcale taki duży i jedzenia może braknąć. Dzięki nieustającemu deszczowi możemy po śniadaniu zażyć sjesty. Rozchodzimy się do swoich namiotów i krople deszczu rozleniwiają nas zabójczo. Ale co nas nie zabije to nas wzmocni i popołudniu wychodzimy w dalszą rasę. Na popas stajemy w sklepie w Stróży, gdzie dziewczynki decydują po raz pierwszy, że ja też mam mieć przydział do noszenia, jakbym wcześniej szedł jak luzak w zaprzęgu. Taki prezent na urodziny mi dały… Podejście na Kotoń okazuje się zgubne dla Jacka, który przepada w akcji na jakieś pół godziny. Ale Franciszek odnajduje go szybko i ruszamy do Zawadki. Około godziny 18 docieramy do Zawadki do p. Bronisława. Okazuje się, że dotarły tam również dwie Arbuzioczki. Pan Bronisław serwuje nam pierwszorzędne opowieści o czasach okupacji w Zawadce i o przydrożnej kapliczce wybudowanej przez jego rodzinę. W międzyczasie wydaje się w końcu, że kończę któreś naście lat i robimy małą imprezkę zakończoną pyszną zupą grzybową. Korzystamy z gościnności gospodarza i spędzamy noc pod dachem. Mężczyźni śpią w stodole na sianie, pozostali w domu p. Antoniego.
Dzień 6: Zawadka – Groń – Osielec – Cupel – Skawica (30,9 km)
Piękny dzień się zapowiada. Wyruszamy dość późno, bo dopiero przed 11, ale dzień jest długi. Pierwszy idzie Jacek z Dawidem, ja za nimi, za mną silna grupa pościgowa. Idziemy spokojnie każdy swoim tempem, ogólnie luzik. Dostaję propozycję podwiezienia przez miejscowych na furze z sianem, ale okazuje się, że idę szybciej niż oni jadą więc nie korzystam. Przy podejściu pod Kokorzyk, mili ludzie ostrzegają mnie, że szlak ostro zakręca i, że tamci dwaj z przodu zgubili go. Tedy mądrzejszy ostro skręcam ze szlakiem i przez Kokorzyk dochodzę do Skomielnej Czarnej (byłem tam dwa tygodnie później w nocy, faktycznie jest Czarna), gdzie pod sklepem czekają na mnie Jacek z Dawidem. Dalej ruszamy we trójkę. Po drodze dzwonimy do Piotrka, żeby dołączył do nas z jakimiś zasobami gotówki, ale chyba się wystraszył i nie dotarł. Schodzimy do Osielca, już prawie jak w domu. Biwakujemy spokojnie pod sklepem przy… Harnasiu i wędzonym kurczaku, czekając na grupę pościgową. Gdy tylko dochodzą do nas ponownie atakujemy sklep i kupujemy wyśnione od niedzieli skrzydełka, oprócz tego sernik i parę innych drobiazgów niezbędnych do życia. Ruszamy na Cupel, po drodze Kamil dostaje szału, chyba od tego zbierania czwarty dzień grzybów – za co jesteśmy wdzięczni, i ze śpiewem na ustach wyprzedza wszystkich. Dochodzimy na Cupel i mamy do wygrania wyścig z deszczem nadciągającym od Babiej Góry. Nie mijają trzy minuty i przegraliśmy. Deszcz dopada nas kilometr od Polany Malinowe, na której planowaliśmy nocleg. Idziemy według mapy szlakiem czerwonym, dołącza do nas niebieski, skręcamy w lewo i jesteśmy…. w Juszczynie – jak się później okazało, po drugiej stronie góry. Nie do wytłumaczenia. Wracać, nie wracać, na szczęście przestało padać, nie wracać – męska decyzja. Schodzimy do pierwszych zabudowań i dowiadujemy się gdzie jesteśmy. Tedy trzeba się udać w stronę Skawicy. Znowu pod górę, tym razem po asfalcie. Długie podejście, potem szeroka przełęcz, robi się ciemno i zimno, docieramy do pierwszych zabudowań Skawicy. Dystans, który przeszliśmy daje się we znaki. Dziewczyny wpadają na pomysł, żeby poszukać noclegu, w którymś z domów. Pierwszy pomysł miały, żeby iść na Halę Krupową – drugi wydaje się sensowniejszy. Namawiają do tego Franciszka, który jednak za bardzo nie protestuje. Po chwili wracają i okazuje się, że mamy nocleg. Kolację zjadamy na styropianowym stole i bez zbędnych bajań kładziemy się do spania.
Dzień 7: Skawica – Zawoja – Przełęcz Przysłop – Jałowiec (20,8 km)
Na dzień dobry 6 kilometrów asfaltu, rzecz do przejścia. W centrum kupujemy, a jakże Harnasia i arbuza. Jedno nie idzie z drugim w parze ale jesteśmy niecałe 30 kilometrów od Ślemienia i jest nam wszystko jedno. Zwiedzamy kościół w Skawicy, Jacek w „nagrodę” dostaje ostatni kawałek arbuza za zreferowanie tego co widział w kościele. Ruszamy pod górę w stronę Zakamienia, pod klasztor Bernardynów. Później jakoś tak spokojnie dochodzimy do Przełęczy Przysłop, gdzie czas na Harnasia. Jeden, drugi, chciałoby się po trzecim i jeszcze, ale Franciszek jest bezlitosny. Wymarsz w stronę Jałowca. Panoramka na Kiczorze, piwko w Opacznem (rozbój w biały dzień), grzyby po drodze i jest – Jałowiec. Jeżeli w Osielcu było lżej na sercu to na Jałowcu było jak we własnym fotelu. Na Jałowcu dołącza do nas Dawid. Na ostatnią kolację zarządzone zostały gotowane skrzydełka i zupa jarzynowa z przewagą grzybów i znowu brakło. Dopijamy co mamy, jeszcze pośpiewamy i do spania.
Dzień 8: Jałowiec – Koszarawa Cicha – Hucisko – Ślemień (13,1 km)
Ostatnia noc upływa nam spokojnie. Powoli pakujemy namioty, wory na plecy i schodzimy do Koszarawy Cichej. Tamże zachodzimy do sklepu i wypijamy po… Harnasiu, albo po dwa. Z okazji zakończenia obozu Prezes stawia winko, a że jesteśmy 20 metrów od przystanku to stawiamy jeszcze dwa, żeby go jakoś zniechęcić do pójścia do Ślemienia. Wychodzimy sklepu w momencie jak podjeżdża autobus do Żywca. Dziewczyny ciągną Prezesa za ręce w stronę autobusu, ale ten okazuje się nieugięty i już idzie w stronę Huciska. Trudno, trzeba iść dalej, a było tak blisko… Dochodzimy do Huciska, siadamy na chwilę na stacji. Tak jakby miał jechać pociąg. Ostatnie podejście pod Gachowiznę, panorama i zejście do Ślemienia. Jeszcze na koniec połowa się gubi w lesie, ale w sumie docierają na przystanek 10 minut przed odjazdem busa.
8 dni, 161,9 kilometrów drogi, hektolitry wypitej wody, więcej hektolitrów wypitego piwa, jeszcze więcej hektolitrów potu, dobra zabawa i super pogoda – nic dodać nic ująć.
Do zobaczenia na szlaku
Jakub Górny

