Choć nie od początku gościliśmy na obozie nasze przeżycia są równie wspaniałe. Zacznę może od tego, iż przybycie na miejsce docelowe, spóźnionego, acz dla naszej piątki pierwszego dnia obozu sprawiło nam pewne trudności – wprawiło w nerwowość tamtego pięknego piątkowego popołudnia, ale może od początku. Jako że nie wszyscy mieli możliwość wyruszyć już w środę, na obóz, można powiedzieć obóz przetrwania, o czym mogliśmy przekonać się później, dlatego też piątka z grupy kandydatów na przewodników wybrała się dopiero w piątek. Wiadomo był i w tej grupie Piątek, Artur Piątek, a poza tym Ela Mackiewicz, Kasia Kuprynowicz, Tomek Zalot i pisząca te wspomnienia Ania Kuś. Za cel naszego przybycia, dołączenia, do grupy kursowiczów wybraliśmy sobie Mszanę Dolną, skąd mieliśmy udać się do kolejne wsi , w której to oczekiwać mieli nas pozostali kursowicze z Francheską… Spotkaliśmy się więc w Bielsku, gdzie obejrzawszy nasze tobołki, dość mocno czując je na ramionach pośpiesznie zajęliśmy miejscówki w autobusie Pks- u, który miał nas dowieść do Mszany ..droga dłużyła się niemiłosiernie, wreszcie po kilku godzinach, ciągłych przemieszczeniach się z jednej miejscówki na drugą, Tomkowi pękł plecak ..była to pierwsza krytyczna chwila tamtego dnia „ no to pięknie się zaczęło, w myślach powtórzyli kursanci” Godzina, potem druga i dojechaliśmy, Mszana przywitała nas lekkimi chmurkami na niebie …które niestety z czasem przerodziły się w ulewny deszcz, lecz świadomość tego, że już jesteśmy prawie na miejscu dodawał nam otuchy …jeszcze kilka telefonów do Francheski , gdzie to dokładnie mamy iść ..rzut oka na mapę….. i wyruszamy w drogę , z żołądkami napełnionymi hot dogiem, w przydrożnym barze , stawiamy raźnie kroki brodząc w miejscowych kałużach , wszakże Kasinka Mała tuz tuż… O umówionej porze we wsi, gdzieś przy barze, mieli na nas czekać Marek z Zygmuntem , którzy tego dnia zrezygnowali z części „ programu” wycieczki , nikt wszak w biurze podróży nie mówił że będzie łatwo…Program miał być napięty, i był jak szlak!!! Ale wróćmy do Kasinki, którą niebawem mieliśmy przywitać. Ta od dawna oczekiwana chwila wprawiała nas w dziki pęd, nie zważając na tiry które mijały nas raz po raz, my uporczywie próbujemy dotrzeć do celu. Wieś jak wieś, dość typowa. Bar znaleźliśmy od razu, gdzie by daleko szukać, jest kościół jest i bary , lecz nie było w nim umówionych kolegów….no cóż „może jeszcze nie doszli? „ głośno myśleliśmy , siedząc pod barem z miejscowym pijaczkiem przy jednym stole , któremu brak było szkła w jednym otworku okularów….Zmęczeni, dzwonimy do Frank –on nie odbiera , dzwonimy wiec do Michała. Po dłuższej chwili, słyszymy znajomy głos w słuchawce telefonu…przedstawiamy więc sprawę: . My czekamy, Marka z Zygmuntem nie ma, co mamy robić? Wtedy Michał zapytał: a gdzie jesteście ?? w Kasińce Małej brzmiała odpowiedź Artura… Jak to w Kasińce Małej? ..Przecież my tam już byliśmy, teraz schodzimy do Kasiny Wielkiej.!!! Oni czekają na was w Kasinie Wielkiej…………….!!!!! ……..Zrozpaczeni zaczynamy walkę z czasem, którego niezbyt dużo zostało na złapanie czegokolwiek co by mogło nas przetransportować do Kasiny, nie dość , że deszcz padał niemiłosiernie , była już 19 … Zadawaliśmy sobie wspólnie pytania …czy jeszcze tego dnia zdołamy dotrzeć na umówione miejsce spoczynku ( oczywiście nie wiecznego spoczynku) „chyba nie”, brzmiała jednoznaczna odpowiedź , „wiec co robimy?” „Idziemy?!!” „Tak idziemy z powrotem do Mszany” …Ledwo wyszliśmy na główna arterie Kasinki, a nadjeżdża coś co przypomina z oddali pojazd, którym moglibyśmy dostać się z powrotem ..Zaczynamy więc wymachiwać wszystkimi dostępnymi dla takich ruchów koniczynami, tak by kierowca zdołał zauważyć nasza kolorowa ekipę ..akurat na jego, jak i na nasze szczęście wracał do domu puściuchny …. Już po kilkunastu minutach mogliśmy doznać błogiego stanu powrotu do Mszany … A tam już kolejny fart ..Tylko 20 minut oddzielało nas do tego, by rozpocząć upragnioną podróż do miejsca docelowego, wymarzonego od piątkowego ranka w Bielsku -KASINY WIELKIEJ. Bus, którym było nam dane się przemieszczać, wypchany co niemiara po brzegi, dowiózł nas na umówione miejsce pod bar do Kasiny Wielkiej ..która z powodu owej przygody na długi czas zapadnie naszej piątce w pamięci. Ledwo dojeżdżaliśmy do wsi, a z oddali wyłoniły się rozpromienione policzki i uśmiechy na twarzach Marka i Zygmunta, piwko jednak robi swoje, wszak czekali pod barem. . Brak jednak wciąż było grupy zdobywającej Lubogoszcz …..Po dłuższym zastanowieniu co robimy dalej, Zygmunt z iskierka w oku stwierdził „ Idę szukać noclegów, przecież pada deszcz, nie będziemy spali pod namiotami” – i poszedł , zostawiając nas pod drzewem oczekujących na grupę dochodzącą. W tym czasie, zmęczeni całodniowymi przygodami posilaliśmy się czym było nam dane tamtego dnia …Wreszcie wzrok nasz w oddali za zakrętem asfaltówki ujrzał dwie znajome postacie, idące nam naprzeciwko …gdy po momencie zbliżyły się, rozpoznaliśmy w nich Franka i Artura…Niebawem również poczuliśmy ich…Przecie my świeży i pachnący (jeszcze) nie byliśmy odporni na zapachy, trzy dni nie umytych ciał……co wyraziłam od razu przychodzącym….a którzy to…za ten mały docinek odpowiedzieli „ czekaj trzy dni zrobią swoje i na tobie” Lecz co to? Franek wygląda jakoś nie tak….Czyżby jego twarz wyrażała trudy i bóle tego obozu?? A może po prostu za bardzo imprezowali wczorajszego dnia?? Grupa Piątkowa zastanawia się w swoich małych rozumkach, lecz nikt nie odważył się głośno wypowiedzieć owych myśli …..Fakt spuchniętej twarzy Francheski, został nam skrzętnie wytłumaczony przez Monikę w późniejszym czasie ..na razie żyliśmy w nieświadomości tego co jest z Frankiem i jego twarzą….. 5, potem 10 minut i widzimy znowu z za tegoż samego zakrętu wyłaniające się pozostałe postacie grupy dochodzącej …trudy tamtego dnia doskonale uwidaczniały się na ich twarzach choć humory wciąż ich nie opuszczały. Na nocleg udaliśmy się do załatwionej przez naszego Kwatermistrza Zygmunta hacjendy, wszak dla studentów noclegi są po 10 zł, tym to argumentem zbił on cenę z 25zł ..Trzeba wyraźnie zaznaczyć że dla studentów!!…..Właściciel nie zauważył jednak drobnej różnicy wiekowej, naszych obozowiczów , którzy dla potencjalnego obserwatora w większości nie wyglądali już jak studenci…jednak płacili jak studenci…..i pewnie duchem czuli się tak jak oni. Po szybkim rozlokowaniu się w przestrzeni trzech pokojów …rozpoczęliśmy, to co pewnie Naszej grupie wychodzi najlepiej, a mianowicie pichcić kolację, a że jest to obóz wędrowny to nawet w pomieszczeniach w ruch idą palniki gazowe, procederem przyrządzania herbaty zajmuje się oczywiście wyspecjalizowany w tym Kierownik grupy, reszta popada w artystyczne tworzenie jadła, powstaje artystyczny nieład kanapkowy. Kto by pomyślał, że tak dobrze mogą smakować zwykłe kanapki…do tego herbatka z lekkim dodatkiem mięty ( dzieło Jacka) i można powoli układać się do snu…..Ale, ale, to przecie nie wszystko, a lekki smrodzik?? Którym zalatują co poniektórzy , nieeee, nie tak łatwo wywinąć się od kąpieli. Boć przecie raz na trzy dni przydało by się umyć, a że akurat zdarzyła się okazja zażyć ja w wannie …z radością korzysta z niej damska część obozu ..ta męska raczej z oporami ..bo to woda za gorąca , bo to człowiek nie powinien myć się tak często, ……..argumentów była co niemiara, na szczęście rozsądek wygrał z podszeptami śmierdziuszków i wszyscy w późnych godzinach nocnych ułożyli się do snu.
Fragment kroniki kursu przewodnickiego 2004/2005 (Arbuzioki)
Anna Kus

