No cóż pojechaliśmy na Leskowiec, nieświadomi tego co czeka nas w drodze, ale może to odłóżmy na później… na razie jesteśmy w pociągu dojeżdżamy do Wadowic…. Oprócz jak zawsze uroczego Franka tym razem w naszą podróż już po raz trzeci wybrał się nie kto inny jak Sikor, widocznie nie miał nas dość po ostatniej wycieczce do Żywca…? Może nawet mu się podobało…? Ale to już pozostawmy domysłom, w każdym bądź razie był to jego ostatni wyjazd z nami…hmm, zwinął się nawet dość wcześniej, po tym jak uraczył nas porządną dawką historii miasta Wadowic …my jednak poszliśmy dalej wciąż nie świadomi tego co nas czeka tuż za zakrętem…można powiedzieć górką, pełni radości i humoru wspinaliśmy się coraz wyżej i wyżej, aż do pewnego momentu, wtedy naszą uwagę zwróciły niby tak… przelotnie coraz większe ilości białego puszku pod naszymi stopami „coś tu nie gra” pomyślała na pewno spora część doświadczonych turystów , ale twarz Franka dodawała nam otuchy… „Nie jest tak źle, na Elbrusie było gorzej” powiedział Franek po kilku pytających spojrzeniach, no tak pomyśleliśmy „na Elbrusie było gorzej”! „Ale my nie jesteśmy na Elbrusie”?! (chyba) zaświtało członkom kursu w główkach, i nie byliśmy na nim przecież to tylko kurs, ale za to jaki kurs! Po dwóch, potem trzech godzinach stałego podejścia wygłupach, bo jakże się tu nie wygłupiać jak sytuacja jest krytyczna- a śniegu po pas i wciąż przybywa. W pewnym momencie dało się zauważyć zmęczenie nie kogo innego jak Franciszka W, no tak starość nie radość, torowaniem musiała się zając ta piękniejsza cześć naszego kursu, wstyd aż mówić, ale taka jest prawda z którą do dnia dzisiejszego nie chce się pogodzić część męska kursantów łącznie z Francheską, to one tak naprawdę wyprowadziły tego feralnego dnia grupę z opresji i już pod wieczór doprowadziły do jakże przytulnego schroniska pod Leskowcem, a tam hulanką i swawolnemu gaworzeniu biesiadników nie było końca, śpiew rozlegał się ze wszystkich stron a cóż za dobrany repertuar począwszy od „szła Maryna po drabinie” przez pieśni patriotyczne których w naszym śpiewniku nie brak, aż po „Służyłem u pana” śpiewną z zawrotną prędkością przez Francheskę i nie mogącemu mu nadążyć Damiana a także do jakże zawrotnej w swojej wymowie pieśni, która o mało co nie stała się hymnem naszego kursu „Czerwone skarpety” śpiewane na melodie piosenki Czerwone Korale, aż teraz chce się nucić „czerwone skarpety czerwone niczym wino….” lub u prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki przędzą sobie przędzą czerwone skarpeteczki…” a do czego odnosiły się czerwone skarpety ?nie no przecież to oczywiste do skarpet szefa Franciszka, to on i jego skarpety wzbudziły radość ogółu biesiadników, to one od zawsze wywoływały błysk w oku wielbicielek a teraz stały się przedmiotem odniesienia wszystkich i wszystkiego można powiedzieć nawet przedmiotem pożądania w których najbardziej lubował się nasz kolega Damian, no tak on był pomysłodawca i pierwszym wykonawcą prawie naszego hymnu, bo przecież prawie robi wielką różnicę. Hymnem się nie stała ale i tak jest wykonywana jako ważniejsza pieśń na naszym kursie. My tu już o śpiewach i hulankach ale wcześniej mogliśmy poznać te elbrusowe przypadki w opowieściach naszego szefa podpierane skrzętnie slajdami, raz slajdzik z Wielickim raz w samych majteczkach szefuncio no tak, śmiechu była co nie miara…Niestety naszą wycieczkę musiał opuścić Leszek ze swoimi małymi urwisami, których na pewno zapamiętali wszyscy a także Piotrek, jednak po pewnym czasie dołączyła do nas ekipa Łodygowicka, chłopaki minęli się w drodze, ale nie poznali się choć z sobą rozmawiali, ależ przecież to dopiero 7 miesiąc naszego kursu nie można wiec wymagać za wiele od kursantów. ….Śpiewy, śpiewy i śpiewy to łączyło nas tego wieczora, wtedy to zaświtał pomysł aby obdarować szefa skarpetami z jednym paskiem na lewej nodze a kto był pomysłodawcą no oczywiście Damian…nasza podpora, osóbka o niesamowitym poczuciu humoru, dziś już szanowany mąż, wśród mieszkańców społeczności koziańskiej ale wtedy jeszcze kawaler z polotem, niewiadomo jednak czemu nigdy nie zabierał swojej przyszłej żony na nasze wypady górskie? Hmm.. kwestia do zastanowienia. Tyle śmiechu i uciech było do rana że ohohoh. Spać było trzeba szybko, bo ranek niebawem zawitał do naszych śpiworów, trasa zejścia no cóż za wybór – Inwałd jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy na co się piszemy, ale niebawem mięliśmy sami doświadczyć śniegu po pas. Oczywiście nam to nie przeszkadzało układaliśmy w tym czasie głupie historie jednak najbardziej godnym uwagi faktem owego wiekopomnego zejścia jest powstanie pieśni kursowej „Cuanta Namera mamy Franka Lidera” w rytm której poruszaliśmy się wciąż do przodu, brodząc po pas w śniegu, częstowani raz po raz cukierkami z Elbrusa w których to rękę swa zanurzył nie kto inny jak Wielicki Krzysztof, dlatego wszyscy choć przez moment chcieli się delektować smakiem tych landrynek, myślami przenosząc się w te odległe kraje i szczyty o których nasz Szef napomkną poprzedniego dnia. Przemoczeni lecz jakże szczęśliwi dotarliśmy do upragnionego Inwałdu…ostatnie fotki na torach i już w pociągu mogliśmy suszyć nasze tyłki przemoczone do cna….ależ to była wyprawa.
Anna Kus

