10 Listopada 2007r
No i chrzest bojowy za nami! Wysokości zdobywanych szczytów nie były wprawdzie imponujące, ale grubość pokrywy śnieżnej – owszem. Na początku dowiedzieliśmy się m.in. o pierwszej wzmiance o Bielsku z 1312 roku, o dawnych połączeniach tramwajowych z Cygańskiego Lasu do Bielska oraz obejrzeliśmy, jak wygląda liść grabu. Zanim doszliśmy na Kozią Górę, zaliczyliśmy mnóstwo atrakcji – miejsce po dawnej skoczni, Błonia, tzw. kamień Jana, czyli miejsce niegdysiejszych tajnych spotkań i nabożeństw ewangelików oraz tablicę upamiętniającą zasługi pewnego miejscowego leśniczego. Na Stefankę szliśmy w dużej części wzdłuż pozostałości po dawnym torze saneczkowym, poznając równocześnie dzieje jego świetności i upadku. Z dobrych punktów widokowych obserwowaliśmy też panoramę Bielska-Białej.
W schronisku na Koziej Górze rozsiedliśmy się w miejscu najbardziej charakterystycznym dla tego budynku, czyli w narożnej rotundzie. Poczytaliśmy sobie o historii tego obiektu, który początkowo, pod koniec XIX wieku, był małym budynkiem mającym służyć jako baza dla robotników leśnych likwidujących szkody powstałe po silnej wichurze, jaka nawiedziła wówczas szczyt Koziej Góry. Niedługo stał się Schroniskiem Saneczkarskim na Stefance. Na szczycie góry wzniesiono kamienną piramidę z tablicą upamiętniającą burmistrza Bielska Karola Steffana, który przyczynił się do budowy schroniska na Szyndzielni. To od jego nazwiska wzięła się potoczna nazwa Koziej Góry – Stefanka. Spod schroniska widać było Magurę i w oddali Skrzyczne. Pierwszy postój i nasze korzystne integracyjnie rozmieszczenie wokół okrągłego stołu wykorzystaliśmy na przedstawienie się i opowiedzenie o sobie kilku słów. Okazało się, i nie byliśmy tym specjalnie zaskoczeni, że wszyscy lubimy chodzić po górach. Tymczasem za oknami śnieg rozpadał się na dobre.
Szlakami, i nie tylko, powędrowaliśmy na Szyndzielnię. Z Przełęczy Kołowrót widać było poniżej Dębowiec i Cyberniok. Wreszcie dotarliśmy do schroniska na Szyndzielni, zwanej dawniej Kamienicką Płytą. Schronisko wybudowała w 1897 r. bielska sekcja Beskiden-Verein. Schronisko posiadało 25-metrową wieżę, stację meteorologiczną i alpinarium. W czasie II wojny światowej odbywały się tu obozy Hitlerjugend. W latach 50. budynek zmodernizowano i dobudowano nowe skrzydło. Niestety w 1985 r. w ogniu stanął pokryty gontem dach schroniska. W czasie remontu wymieniono go na miedziany. Do popularności schroniska wśród turystów i narciarzy przyczyniła się wybudowana w 1953 r. kolej gondolowa na Szyndzielnię.
Ze schroniska na Szyndzielni udaliśmy się przez Trzy Kopce i Stołów w kierunku Błatniej. Jeszcze dobrze nie ruszyliśmy, a już minęliśmy dawny kamieniołom, z którego pozyskiwano materiał na budowę schroniska. Poznaliśmy też metody chodzenia grupą w wysokim śniegu – albo stawiając kroki nieco wcześniej niż poprzednik, albo „po palikach”, czyli dokładnie w tych miejscach, co kolega lub koleżanka przed nami. Przechodziliśmy przez miejsce, w którym kiedyś znajdowało się schronisko na Trzech Kopcach, które w czasie II wojny światowej zostało zdewastowane, a po wojnie do końca rozebrane. W czasie wojny panowała tu atmosfera przyjazna dla Polaków, a schronisko było nawet bazą konspiracyjnych Narciarskich Mistrzostw Śląska. Z małym trudem, ale dobrnęliśmy do znajdującej się w lesie tzw. dziury na Trzech Kopcach, czyli długiej i splątanej jaskini.
Z Błatniej, która jest dobrym punktem widokowym, nie mogliśmy niestety, ze względu na pogodę, obejrzeć panoramy. Siedząc w ciepełku schroniska, poprzestaliśmy więc na słuchaniu opowieści o jego historii. Jest ono pierwszym w Polsce schroniskiem wybudowanym przez Towarzystwo Turystyczne „Przyjaciele Przyrody” („Naturfreunde”). W czasie wojny partyzanci przeprowadzili tu akcję mającą na celu odstraszenie Niemców od przebywania w górach. Pod koniec wojny Niemcy w dużym stopniu zniszczyli schronisko, używając desek i belek do budowania umocnień.
Z Błatniej zeszliśmy, a właściwie zsunęliśmy się stromą ścieżką po uda w śniegu do Wapienicy. Posłuchaliśmy informacji o tutejszym zalewie, obok którego się znajdowaliśmy. Nad nim widać było masyw Przykrej i Palenicę, na którą pnie się stromo niebieski szlak. Zeszliśmy prawie wraz z zapadnięciem zmroku, i dobrze, bo żaden z kandydatów na przewodnika nie pomyślał, żeby wziąć ze sobą latarkę. Chyba będziemy lubili uczyć się na błędach…

