Autobus wycieczkowiczowiczów wyrusza z wiadomego miejsca o wiadomej godzinie, po drodze do granicy zbierając zabłąkanych wędrowców. W drodze do Terchovej opowiadamy z Franciszkiem o mijanych wioskach i wioseczkach. Po dwóch godzinach docieramy na miejsce i z Bielego Potoku wyruszamy na trasę na Mały Rozsutec przez Dolne Diery, Nove Diery (dziwnie jakieś niedokończone) i Horne Diery. Na początku straszy nas deszczyk i prawie wszyscy zakładają peleryny i kurtki. Prezes ma chyba jakieś kontakty „na górze” bo nic sobie nie robi z padającego deszczu i po chwili tenże się uspokaja. Dalsza droga przez Diery upływa nam pod chmurami ale bez deszczu i wszyscy, którzy się ubrali w przeciwdeszczowe ubranka po kolei się rozbierają. Z uwagi na charakter przejścia grupa się rozciąga i jeden po drugim docieramy na polankę przed Sedlem Medzirozsutce, gdzie następuje odprężenie i wita nas piękne słoneczko – potwierdzają się kontakty Prezesa „na górze”. Na polance Jacek częstuje nas cukrem, który podobno dostał ze stadniny z Ochabach. Czego koń się nie tknie, turysta zje ze smakiem. Prezes przegaduje coś o jakimś planie „B”. Jak się poźniej okazuje to „B”, ma dwa znaczenia…
Po posileniu się drapiemy się po łańcuchach na Małego Rozsutca, z którego rozpociera się przepiękna panorama na Beskidy, Tatry, Małą Fatrę. Po to właśnie chodzi się w góry…
W dalszej części trasy nasza grupa zamienia się w Towarzystwo Reaktywacji Zapomnianych Szlaków – jak zdefiniował to jeden z uczestników. To było jedno ze znaczeń tajemniczego planu Prezesa. Po krótce, krzaki, kosodrzewina, kamienie, skały, żmije (widziane podobno) i zejście do Huty, gdzie jeden z uczestników nieśmiało proponuje iść do Stefanowej, wiadomo po co. Jednakże zostaje przegadany (widać nie za bardzo mu zależało) i wracamy na Horne Diery.
Drugie znaczenie „B” to Boboty. Ale grupa nie jest ciemię bita i nie chcąc się wspinać 300 metrów przewyższenia z Podziaru zwalnia jak może, byleby nie było czasu tam wejść, natomiast spokojnie obrać kierunek na gospodę w Bielym Potoku. I tak zapada decyzja, że schodzimy, ale nie wszyscy. Cztery osoby atakują Boboty, pozostali atakują bar. Jak się później okazało, przez Boboty było szybciej do Pensjonatu niż przez Biely Potok, ale co tam, mamy czas.
Wieczorem rozbiegamy się po Terchovej szukając (w Polskim znaczeniu) jedzenia. Jak się poźniej okazuje – około 23 – jesteśmy z Jackiem jedynymi osobami, które nie zostały zakwaterowane, ale za to jacy jesteśmy pojedzeni. W jadalni Pensjonatu ma miejsce nieformalne spotkanie ludzi gór – kawa, herbata, pyszne wypieki naszych Pań i Borovicka, którą Jacek w środku nocy wyczarował z jakiejś podejrzanej dyskoteki. Około pierwszej rozchodzimy się do łóżek, a Prezes zarządza dopicie Borovicki na Wielkim Choczu nazajutrz, niestety nie upilnował jej i do rana gdzieś wyparowała…
Rankiem, bo faktycznie to było rankiem, a nie jak zwykle w środku nocy, jemy przepyszne śniadanie, a jego ilość dorównywała jakości i wyruszamy w kierunku Dolnego Kubina. Celem jest Wielki Chocz.
Podejście zaczynamy z Valaskiej Dubowej i jak zwykle przy takiej grupie następuje rozciągnięcie na trasie i każdy wychodzi jak mu się żywnie podoba a spotkanie całej grupy + 4 zaprzyjaźnione osoby ma miejsce na szczycie. A panorama ze szczytu okazuje się jeszcze wspanialsza niż dzień wcześniej z Rozsutca. Rozpoznajemy pasma górskie, szczyty, a największą trudnośc sprawiają nam… Tatry, które od strony Chocza wyglądają zupelnie inaczej i ciężko cokolwiek nazwać, oprócz Siwego Wierchu i Krywania. po sesji zdjęciowej schodzimy do Vysnego Kubina. Zejście początkowo przypomina szlaki beskidzkie, ale w środkowym odcinku daje się porządne we znaki naszym kolanom.
W Vysnym Kubinie jeszcze raz raczymy się rarytasami naszych dzielnych turystek i nie wiadomo kiedy wypieki się kończą, ale co się dziwić skoro były w rękach Prezesa.
Po dwóch dniach tułaczki po Słowacji zasiadamy w autokarze i wracamy przez Namestovo do Polski, mniej lub bardziej zmęczeni, ale na pewno zadowoleni.
Do zobaczenia na szlaku.
Jakub Górny

