28 czerwca – 6 lipca 2008 r.
Lista uczestników:
1.Franek Wawrzuta
2.Ela Wala
3.Przemek Ficoń
4.Artur Braszkiewicz
5.Beata Góra
6.Magda Nycz
7.Adaś Hoczek
8.Iza Powalska
9.Tomek Zalot
10. Paweł Pieńkowski
11. Michał Wojarski
12. Monika Jędrysik
13. Jadzia Porębska
14. Krzysztof Tołkacz
DZIEŃ PIERWSZY – 28 czerwca
Autobusem PKS wyruszyliśmy z Bielska do Nowego Targu. Z okien mogliśmy podziwiać piękne widoki na Tatry, Babią Górę i Gorce. W Nowym Targu zrobiliśmy zakupy i podreptaliśmy drogą w kierunku Ludźmierza. Przekroczyliśmy Czarny Dunajec i znaleźliśmy się pod sanktuarium Matki Boskiej Ludźmierskiej, w którym byliśmy już podczas drogi powrotnej z wycieczki na Słowację. Teraz trafiliśmy na uroczystości ślubne. Przed kościołem stał na drodze szereg pięknie przystrojonych bryczek, którymi powozili górale w tradycyjnych strojach. W stołówce obok sanktuarium zjedliśmy pyszny obiad i przespacerowaliśmy się po dróżkach różańcowych za świątynią. Przy poszczególnych stacjach-tajemnicach różańcowych obserwowaliśmy i fotografowaliśmy rosnące tu kwiaty i krzewy, np. lilię złotogłów, jałowce, grzybienie białe. Weszliśmy do wnętrza kościoła, który został podniesiony do rangi bazyliki mniejszej. Pragnienie zaspokoiliśmy wodą ze źódełka maryjnego, wymieszaną z sokiem.
Czerwonym szlakiem prowadzącym przez wsie i pola Pasma Podhalańskiego poszliśmy dalej. Za wsią Krauszów, ze wzniesienia Wieśniostuka zrobiliśmy pierwszą panoramę. Widać było Gorce z Turbaczem, Luboń, daleko Beskid Sądecki, Pieniny Właściwe z Trzema Koronami, Pieniny Spiskie, Zamagurze Spiskie, Tatry, w których zdołaliśmy wyróżnić Czerwone Wierchy, Giewont, Krywań, Świnicę, Kozi Wierch, Granaty, Murań, Hawrań i Rohače. Po stronie słowackiej widniały Wielki Chocz, Pasmo Skoruszyny i Magura Orawska. Widzieliśmy też część Beskidu Żywieckiego z Babią Górą i Pilskiem. Niedaleko mogliśmy zobaczyć miejsce naszego noclegu, czyli Żeleźnicę. Pod nami rozpościerały się Kotliny Nowotarska i Orawska.
Szlak prowadził nas dalej nad wsiami Długopole z lewej i Morawczyna z prawej strony. Za wsią Dział zeszliśmy na chwilę ze szlaku, żeby ze wzniesienia Dzielański Wierch przyjrzeć się jeszcze raz wspaniałej panoramie. Widać było te pasma, co poprzednio, ale w oddali wyłoniły się jeszcze Wielka i Mała Fatra. Przeszliśmy przez wieś Stoch i wkrótce zaczęliśmy podejście lasem na Żeleźnicę. Po drodze rozpoznawaliśmy wśród roślinności łąkowej dziurawce, złocienie, wierzbownice i mieczyki dachówkowate. Na Żeleźnicy rozbiliśmy pierwszy biwak, rozpaliliśmy pierwsze ognisko i zjedliśmy pierwszą pulpę.
DZIEŃ DRUGI – 29 czerwca
Wodę przynieśliśmy z domów znajdującej się w pobliżu wioski Bukowina-Osiedle. Po pulpie i zwinięciu namiotów udaliśmy się w kierunku Raby Wyżnej – najpierw kawałek niebieskim, a później żółtym szlakiem. Po wyjściu z lasu na polankę zrobiliśmy odpoczynek i panoramkę. Widać było Luboń z przekaźnikiem telewizyjnym, Lubogoszcz, Śnieżnicę, Ćwilin, Łopień i Gorce z Turbaczem.
W Rabie Wyżnej przyszliśmy na końcówkę mszy świętej. Po mszy weszliśmy do wnętrza kościoła. Część przespacerowała się pod ładny budynek miejscowego gimnazjum, obok którego znajduje się nowoczesne boisko sportowe oraz pomnik przedstawiający Jana Pawła II nadającego biskupstwo pochodzącemu z Raby Wyżnej Stanisławowi Dziwiszowi. Podeszliśmy też pod zabudowania starego dworu, w którym stały pałacyk właściciela, budynki dla służby oraz imponująca stodoła z podjazdem. Obok stodoły stała wielka lipa z opadającymi nisko gałęziami, co Franek wykorzystał, aby nazbierać kwiatów na herbatę ze świeżej lipy. Po chwili zrobiliśmy małe zakupy. Niestety alkoholu nie można było skonsumować na terenie sklepiku. Amatorzy piwa musieli więc poszukać innego miejsca. Najprzyjemniejsze znaleźli… pod pobliskim mostem.
Po przyjemnościach trzeba było znów zacząć wspinaczkę w upale. Żółtym szlakiem podeszliśmy pod wzniesiony w 2000 roku krzyż milenijny. Pod krzyżem usiedliśmy z mapami, żeby zrobić panoramkę. Pod nami rozpościerały się wzniesienia Pasma Podhalańskiego. Z prawej strony widniały szczyty Beskidu Wyspowego: Ćwilin, Śnieżnica, Lubogoszcz i Luboń Wielki opadający w Luboń Mały. Dalej w lewo rozciągał się Beskid Makowski: Zębalowa, Łysa Góra, Stołowa Góra i Groń, a za nimi Pasmo Koskowej Góry z bohaterką tytułową, Ostryszem, Bryndzówką i Makowską Górą. Z Beskidu Żywieckiego widać było Pasmo Polic (Gawron, Cupel, Judaszka, Soska Naroże, Urwanica, Okrąglica, Polica, Hala Śmietanowa, Wyżni Syhlec) i Pasmo Babiogórskie (Sokolica, Kępa, Gówniak, Diablak).
Po odpoczynku wydrapaliśmy się na Rabską Górę i zeszliśmy do zakopianki. Po pokonaniu fragmentu ruchliwej drogi doszliśmy do kościoła Świętego Krzyża w Chabówce z 1757 r. Jest to kościół drewniany z dachem krytym gontem. W 1994 r. został podpalony i jego część uległa zniszczeniu. Wkrótce go jednak odbudowano. W ołtarzu głównym umieszczony jest Chrystus Ukrzyżowany, a po bokach figury Matki Boskiej i Jana Ewangelisty. Na ławeczkach za kościołem urządziliśmy sobie przegryzkę w postaci chleba, kiełbasy, pomidora i ciasta. Przyszedł tu do nas piękny i przyjacielski owczarek podhalański.
Dalej żółtym szlakiem przeszliśmy przez Krzywoń do Rabki, skąd do domu musiała już jechać Monika. Przy miejscu postoju busów spałaszowaliśmy lody. Niebieskim szlakiem przeszliśmy do Rabki Zarytego i zaczęliśmy dość męczące, ale pełne wrażeń podejście na Luboń. Pod koniec trzeba było wspinać się po osuwisku, czyli po rozrzuconych wielkich głazach. Teren ten objęty jest ochroną, a rezerwat nosi nazwę „Luboń Wielki”.
Do schroniska na Luboniu Wielkim dotarliśmy, gdy było już całkiem ciemno. Czekali tu na nas Ela, Artur i Przemek, którzy dojechali dziś do Rabki i wcześniej wyszli na Luboń. W maleńkiej jadalni oglądali mecz finałowy Mistrzostw Europy w piłce nożnej między Niemcami a Hiszpanią, a raczej domyślali się, co dzieje się na boisku, bo obraz w telewizorze schroniskowym był nadzwyczaj marnej jakości…
To jedyne w Beskidzie Wyspowym schronisko turystyczne nosi imię Stanisława Dunina-Borkowskiego, z którego inicjatywy zostało w 1931 r. wybudowane. Ma oryginalny wygląd. Jest małe i dość wysokie. Na piętrze znajduje się jeden 10-osobowy pokój z oknami na cztery strony świata. Następnych kilkanaście miejsc noclegowych zapewnia mały budynek obok schroniska, w którym właśnie spaliśmy. W czasie II wojny światowej schronisko było miejscem wypadowym i miejscem postoju oddziału partyzanckiego 1. Pułku Strzelców Podhalańskich AK, o czym przypomina umieszczona z tyłu budynku tablica. Obok stoją ciekawe, drewniane rzeźby przedstawiające bogów słowiańskich. Dzięki wiedzy Adasia dowiedzieliśmy się, że są to: Świętowid z czterema twarzami, Weles – opiekun bydła, ze znakiem solarnym „ręce boga”, Perun – bóg wojny, piorunów i ognia w chełmie i z mieczem oraz Mokosz – bogini płodności.
DZIEŃ TRZECI – 30 czerwca
Na śniadanie Franek ugotował nam zupę z kaszą i herbatę z lipy. Dopiero rano ujrzeliśmy piękną panoramę z Lubonia, bo poprzedniego dnia wieczorem widzieliśmy tylko światła miast. Za Wierzbanowską Górą widać było Ciecień, za Szczeblem Lubomir i Łysinę, za Zębalową Kotonie, za Stołową Górą i Groniem Koskową Górę, Sołtysią Górę i Kusikówkę, a na ostatnim planie po lewej stronie Chełm. W dole widać było zabudowania Tenczyna i Glisnego, a dalej Pcimia.
Czerwonym szlakiem zeszliśmy ostro w dół do Przełęczy Glisne, by po chwili zacząć stromą wspinaczkę zielonym szlakiem na Szczebel. Na szczycie postanowiliśmy zostawić plecaki pod opieką Tomka i na lekko zrobić sobie spacer do jaskini Zimna Dziura, która znajduje się niedaleko, za Małym Szczeblem. Schodziliśmy dość długo. Franek zszedł ze szlaku, żeby znaleźć w lesie jaskinię i… przepadł. Tymczasem wyraźnie zbierało się na burzę. Michał zorientował się, że jesteśmy przy szlaku zielonym, a nie czarnym, przy którym znajduje się jaskinia. Wreszcie, gdy już zaczynało padać, Franek wrócił z poszukiwań i zaczęliśmy drogę powrotną. Wracaliśmy wśród piorunów i w strugach deszczu, oczywiście bez żadnych kurtek. Na szczycie nasze plecaki też trochę zmokły. Przeczekaliśmy resztę ulewy pod małym daszkiem, przebraliśmy mokre rzeczy i zaczęliśmy schodzić czarnym szlakiem do Kasinki Małej. Na szlaku było dość stromo i ślisko, a deszcz jeszcze padał, choć już nie tak mocno.
Stromizny i niespodzianki Beskidu Wyspowego wynagrodził nam ciepły obiad, który Franek zafundował na stacji benzynowej przy drodze między Mszaną Dolną a Kasinką Małą. Bigos smakował wyśmienicie. Czarnym szlakiem szliśmy teraz wzdłuż drogi, a potem w górę do czerwonego szlaku na Lubogoszcz. Z Lubogoszcza zaczęliśmy schodzić do Kasiny Wielkiej. Ponieważ było już dość późno, Franek z Beatą i Arturem poszli szybciej, żeby zdążyć przed zamknięciem sklepów zrobić zakupy. Po zakupach i przewróceniu ławki przed sklepem poszli drogą do Przełęczy Wielkie Drogi. Nadchodzącego Przemka posłali (i to samochodem!) w kierunku stacji PKP, gdzie byliśmy umówieni z Frankiem, z misją przekazania reszcie ekipy, żeby szła dalej za dworzec, do Przełęczy Wielkie Drogi. Zrobiliśmy więc posłusznie kółko czerwonym szlakiem, przechodząc obok malutkiego cmentarzyka, na którym pochowanych jest osiem osób poległych w czasie I wojny światowej, obok stacji i przez górę Dzielec. Po drodze Franek zadzwonił do nas, że oni pójdą szukać już miejsca na biwak na Wierzbanowskiej Górze i że mamy skręcić w lewo przy zostawionym przy szlaku pokrowcu od namiotu.
Po długim dniu dotarliśmy wreszcie wszyscy późnym wieczorem na Wierzbanowską. Nagrodą była pyszna pulpa z makaronu, dżemu i jogurtu.
DZIEŃ CZWARTY – 1 lipca
Rano Artur poszedł do położonych niedaleko domów po wodę. Przyniósł nie tylko wodę, ale i swojski ser od miłej góralki. Na śniadanie mieliśmy więc kanapki z serem i kiełbasy z ogniska. Łąka była jedną wielką suszarnią naszych mokrych od wczoraj rzeczy.
Cały dzień szliśmy szlakiem czerwonym. Najpierw zeszliśmy na Przełęcz Jaworzyce. Stąd w dużej części asfaltową drogą szlak zaprowadził nas na szczyt Lubomira, na którym znajduje się Obserwatorium Astronomiczne im. Tadeusza Banachiewicza. Zostało ono wybudowane niedawno, w 2007 r. Posiada dwie ruchome kopuły. Obok znajduje się fragment spalonego w 1944 r. przez Niemców dawnego, drewnianego obserwatorium. Zrobiliśmy sobie przy nim zbiorowe zdjęcia. Pasmo Lubomira i Łysiny zaliczane jest już do Beskidu Makowskiego.
Po kilkunastu minutach marszu zeszliśmy ze szlaku do znajdującego się w pobliżu źródełka, aby napełnić butelki. Przeszliśmy grzbietem Łysiny i doszliśmy do bardzo przyjemnego schroniska PTTK na Kudłaczach. Zrobiliśmy kanapki i usiedliśmy poniżej schroniska z mapami, aby zorientować się w panoramie. Blisko z prawej strony widać było zza drzew Uklejną, a za doliną Raby Pasmo Barnasiówki, Pasmo Babicy, Kotonie, Groń, Stołową Górę, Zębalową, Okrąglicę, Policę, Halę Śmietanową, Mędralową i Babią Górę. Na ostatnim planie widniał niewyraźnie Beskid Mały z Leskowcem i Groniem Jana Pawła II.
Przez Śliwnik i trawersem Uklejny zeszliśmy na teren rezerwatu „Zamczysko nad Rabą”, w którym znajdują się ruiny baszty z XIII w. W Myślenicach zażyliśmy kąpieli w dość ciepłej wodzie Raby i zrobiliśmy pranie. Na rynku usiedliśmy pod parasolami przy piwku. Wkrótce dojechała do nas Jadzia. Przespacerowaliśmy się w okolicach rynku, oglądając kościół będący mieszanką różnych stylów architektonicznych, muzeum regionalne (dom grecki) i budynek gimnazjum.
Wieczorem udaliśmy się na wznoszącą się nad Myślenicami w Paśmie Babicy Plebańską Górę, na której się rozbiliśmy. Towarzyszyła nam imprezujaca tu młodzież, która jednak o 22.00 grzecznie zadbała o naszą ciszę nocną i rozeszła się. Na Plebańskiej stoi ładna kapliczka z 1782 r. Na pamiątkę spotkań w tym miejscu polskich partyzantów została ona w 1945 r. powiększona, a w 1993 r. odnowiono ją.
Dzień zakończyliśmy pulpą z makaronu, marmolady i jogurtów, gdyż poprzedniego dnia zrobiła wśród nas furorę. Wieczorem dotarł do nas Krzysiu.
DZIEŃ PIĄTY – 2 lipca
Rano nastąpiły codzienne obrządki, takie jak usiłowanie budzenia nas przez Franka, rąbanie drewna, rozpalanie ogniska, namiastki porannej toalety (czyli mycie zębów), przygotowywanie i konsumowanie pulpy, kanapek i herbaty, zwijanie namiotów, suszenie mokrych rzeczy i pakowanie się. Co rano zajmowało nam to wszystko sporo czasu i co wieczór obiecywaliśmy sobie, że następnego dnia nastąpi „spręż”. Najczęściej kończyło się to znów na długim spaniu, a potem na „rozprężu”. Tym razem pulpa składała się z ryżu, kiełbasy, ogórków, cebuli i papryki.
Wyruszyliśmy czerwonym szlakiem Pasmem Babicy. Skręciliśmy w lewo na szlak zielony i zeszliśmy do Stróży. Przez wieś płynie rzeczka Trzebunka. Skorzystaliśmy z pobliskiego łagodnego zejścia i wymoczyliśmy w lodowatej wodzie przynajmniej nogi. Niektórzy byli mokrzy bardziej, chociaż nie całkiem z własnej woli.
Wydrapaliśmy się na Groń w pasemku Kotoni w Paśmie Koskowej Góry i zeszliśmy do zachodniego przysiółka Zawadki. Odwiedziliśmy bardzo miłego pana Bronka, który odbudował postawioną przez jego przodków na ich działce ładną, dużą kapliczkę. Franek poznał go na jednym z wcześniejszych obozów, kiedy uczestnicy chcieli odprawić sobie mszę w kaplicy i miejscowi ludzie posłali ich po klucz od kaplicy do pana Bronka. Spędziliśmy u niego w gościnie upalne godziny południowe, wylegując się na karimatach, jedząc ciasto, ciastka i ciasteczka i popijając herbatę. Zaglądnęliśmy do zagródki dwóch kóz, a towarzyska kura cały czas kręciła się przy stole. Pan Bronek dał nam swojskie jajka i odprowadził do kapliczki. Otworzył nam jej wnętrze i opowiedział, jak ją odbudowywał.
Po długiej przerwie wyruszyliśmy szlakiem zielonym przez Tokarnię i pod Fuckową Górą do Skomielnej Czarnej. Postój zrobiliśmy obok małego, jednonawowego, drewnianego kościółka, który pierwotnie był kaplicą dworską. Franek z Beatą i Jadzią poszli do sklepu i przynieśli nam piwo i banany.
Po zebraniu sił udaliśmy się dalej zielonym szlakiem przez Przykrą Górę w kierunku noclegu na Groniu. W miejscu skrętu szlaku w prawo znajdował się „fałszywy” znak skrętu szlaku w lewo, w kierunku Łysej Góry. Michał poszedł tą ścieżką, ale po pewnym czasie zorientował się, zawrócił i dogonił nas na Groniu. Reszta przez Stołową Górę dotarła na polanę na Groniu. Rozbiliśmy się niedaleko za Sanktuarium Czynu Zbrojnego Oddziału Partyzanckiego „Harnaś” 3. Pułku Strzelców Podhalańskich AK. Łąka był skoszona, więc wymościliśmy sobie pod namiotami sianem i na takich legowiskach, po gorącej zupie z kaszą i kiełbasie z ogniska, zasnęliśmy snem sprawiedliwych.
DZIEŃ SZÓSTY – 3 lipca
Po pobudce Franek przyrządził jajecznicę z jajek z gospodarstwa pana Bronka. Były też kiełbasy z ogniska. Z polany mieliśmy widok na Pasmo Podhalańskie, Luboń, Szczebel, Lubogoszcz i Gorce.
Zielonym szlakiem zeszliśmy przez Słoną Grapę. Z łąki nad Osielcem zrobiliśmy panoramkę. Najbliżej położone były Burdelowa Góra, Gronik i Łysa Góra. Od lewej wznosiło się Pasmo Polic: Gawron, Cupel z widoczną szczerbą w lesie, Judaszka, Okrąglica, wyraźna Polica i Hala Śmietanowa. Z prawej widoczne było Pasmo Jałowieckie: Malikowski Groń, Magurka nad Suchą Beskidzką z zabudowaniami na stoku, Kiczora, Jałowiec i Czerniawa Sucha. Pod nami ścieliła się dolina Skawy, a między Pasmami Polic i Jałowieckim dolina Skawicy.
W Osielcu Franek poszedł do sklepu, a my moczyliśmy nogi w Skawie. Nastąpiła przegryzka – pieczywo z mlekiem, maślanką i kefirem. Przy drodze przyłączył się do nas towarzyski i gadatliwy starszy pan, który po chwili przyniósł akordeon i zaczął grać i śpiewać. Wprawdzie ciężko było odgadnąć, jaką piosenkę wykonuje, ale chęci i zapał miał wielkie… Pożegnaliśmy się z Przemkiem, który musiał wracać już do cywilizacji i ruszyliśmy zielonym szlakiem w górę. Po niedługim czasie poszliśmy na lekko na spacer nad kopalnię kamieniołom „Osielec”, skąd było też widać Koskową Górę. Przez Gawron i Cupel wydrapaliśmy się do szlaku czerwonego. Na Przełęczy Malinowe stoi pomnik partyzantów z oderwanymi fragmentami zdań dotyczącymi udziału w walkach żołnierzy radzieckich.
Plecaki zostawiliśmy tu po raz kolejny pod opieką Tomka i niebieskim szlakiem poszliśmy do kaplicy poświęconej partyzantom AK z oddziałów „Harnasie”, „Chełm” i „Huta Pogórze”. Pod rzeźbą Matki Boskiej Akowskiej umieszczone były tabliczki z nazwiskami, stopniami wojskowymi, pseudonimami oraz datami urodzenia i śmierci tych żołnierzy. Zeszliśmy jeszcze dalej w dół po wodę do znajdującego się tu w oddaleniu od osad gospodarstwa. Mieszkańcami okazało się dwoje starszych panów i wiekowa gospodyni, którzy są rodzeństwem. Poszliśmy zaczerpnąć wodę do źródełka, z którego oni biorą wodę.
Wróciliśmy do Tomka i ruszyliśmy w górę dalej czerwonym szlakiem przez Soskę, Naroże, Urwanicę i trawersem Okrąglicy do Przełęczy Kucałowej. Odbiliśmy do schroniska na Hali Krupowej, gdzie nasi „kąsacze”, czyli Paweł i Michał, pochłaniający zawsze ogromne ilości jedzenia pod jakąkolwiek postacią, robili już kanapki z Nutellą i dżemem i na bieżąco je „wykorzystywali”.
Ze schroniska zeszliśmy niebieskim szlakiem do Skawicy Suchej Góry, która, jak się wkrótce okazało, wcale nie miała być taka „sucha”. Rozbiliśmy się na poletku namiotowym nad potokiem. Niektórzy zdecydowali się na większą lub mniejszą kąpiel w zimnej wodzie. Na kolację Franek upichcił w kociołku zupę borowikową z makaronem, a na deser kisiel.
DZIEŃ SIÓDMY – 4 lipca
Obudziliśmy się przy wtórze deszczu bębniącego o tropiki. Długo nie wychylaliśmy nosów z namiotów w nadziei, że ulewa minie. Niestety. Deszcz wcale nie zamierzał ustać. W związku z tym, że mieliśmy jeden dzień zapasu, aby zgodnie z planem dojść do Ślemienia, mogliśmy pozwolić sobie na dzień przerwy. Zostaliśmy więc na miejscu. Na szczęście nie musieliśmy tkwić cały dzień w namiotach, ponieważ na polu namiotowym znajdowała się dość duża i solidna drewniana wiata ze stołami i ławkami. Nasz dzień polegał więc na dzieleniu czasu między spanie, jedzenie i zabijanie czasu pod wiatą.
Razem z gospodarzem obiektu – panem Bogumiłem, Franek ugotował na obiad swojski żurek z kiełbasą i prawdziwkami. Jadzia z Elą obierały ziemniaki. Pan Bogumił po wypadku i leczeniu osiadł tu w kwietniu i zamierza zostać do listopada. Urządził tu sobie „mieszkanko” pod dużym namiotem. Po południu nazbieraliśmy mu płatków róży, z których przyrządza sobie specyfiki.
Po obiedzie graliśmy w karty, urządzaliśmy sobie nawzajem konkursy wiedzy o górach, czytaliśmy informacje z tyłu mapy i wymyślaliśmy „zabawy integracyjne”, jak stukanie przeplecionymi między sobą dłońmi o stół według określonych zasad czy kalambury. Franek odprowadził na przystanek Beatę i Krzysia, którzy wracali już do domów.
Pod wieczór, gdy przestało padać, robiliśmy spacery do oddalonego o 700 metrów miejsca, gdzie nasze telefony komórkowe łapały już zasięg, ponieważ w miejscu biwaku nie było go wcale. Wieczorem przygotowaliśmy i zjedliśmy kolację i poszliśmy znów spać z nadzieją na pogodny jutrzejszy dzień.
DZIEŃ ÓSMY – 5 lipca
W nocy nie padało, ale rano deszcz znów dał o sobie znać. Leniwe przedpołudnie znów spędziliśmy w bazie. „Rada starszych” postanowiła jednak prędzej czy później wyruszyć w dalszą drogę. W południe zaczęło się na dobre przejaśniać i około 13.00 wymaszerowaliśmy niebieskim szlakiem wzdłuż drogi do Skawicy Górnej. Zrobiliśmy tu zakupy i zjedliśmy na schodach sklepu arbuza. Podeszliśmy do znajdującego się nieopodal kościoła pw. Matki Boskiej Częstochowskiej, w którym w górnej części bocznych ścian zobaczyliśmy obrazy przedstawiające sceny obrony Częstochowy. Naprzeciw kościoła, po drugiej stronie drogi, znajduje się tu miejsce mające przypominać watykański plac św. Piotra w miniaturze. Jest poświęcone księdzu Jerzemu Popiełuszce i papieżowi Janowi Pawłowi II. Wmurowane są tu kamień z grobu papieży i ziemia z Watykanu. Jedną część pomnika poświęcił biskup Stanisław Dziwisz, a drugą papież Benedykt XVI.
Wzdłuż drogi i rzeki Skawicy doszliśmy do Zawoi Dolnej, gdzie skręciliśmy w prawo w szlak czarny. Minęliśmy Izbę Regionalną przy Szkole Podstawowej nr 5 w Zawoi Gołyni. Z polany zrobiliśmy panoramkę. Po lewej stronie mieliśmy pobliskie górki: Nad Dejówką i Sitkową Grapę. Przed nami na pierwszym planie znajdowały się Kapelówka, Szczurkowa Grapa i Kiczorka, a na drugim Pasmo Polic: Burdelowa Góra, Soska, Naroże, Urwanica, Okrąglica, Złota Grapa, Polica, Cyl Hali Śmietanowej i Mosorny Groń. Przy klasztorze Karmelitów Bosych zrobiliśmy krótką przerwę. Po raz drugi trafiliśmy na ślub. Za chwilę mieli przybyć państwo młodzi. Szybciutko weszliśmy oglądnąć kaplicę. Przed kościołem piliśmy tutejszą wodę z naszym sokiem. Wreszcie młoda para i reszta gości weselnych pojawili się. Mogliśmy udać się więc w dalszą drogę. Minęliśmy wiatrak nieczynnej elektrowni wiatrowej, którą kiedyś próbowali założyć dla własnych potrzeb zakonnicy. Przepisy prawne nie pozwoliły im jednak wytwarzać sobie prądu.
Doszliśmy do Zawoi Przysłop, a następnie szlakiem czerwonym drogą do Przełęczy Przysłop. Niedaleko za nią weszliśmy na szlak żółty, prowadzący w kierunku Jałowca. Z Kiczory mieliśmy panoramę na Gorce, Luboń Wielki, Szczebel, Lubogoszcz, Śnieżnicę, Ćwilin, Mogielicę, Zębalową, Lubomir i Łysinę, Koskową Górę, Syrkówkę, Magurkę, Groń, Makowską Górę, Kotonie, Lachów Groń, Chełm i Pasmo Babicy.
Przeszliśmy przez Przełęcz Kolędówki, Kolędówkę, Przełęcz Opaczne i weszliśmy do schroniska prywatnego „Opaczne”, w którym napełniliśmy nasze butelki wodą. Na koniec dnia czekało nas jeszcze dość strome podejście na Jałowiec. Na szczycie stoi krzyż postawiony na prośbę prymasa Stefana Wyszyńskiego oraz na pamiątkę wędrówek, jakie odbywał tu Karol Wojtyła. Na polanie było mnóstwo dużych borówek, więc przystąpiliśmy do zbierania ich do kisielu.
Wieczór, choć dość zimny, był bardzo przyjemny. Najpierw skonsumowaliśmy zupę żurkowo-gulaszową z makaronem, następnie kiełbasy z ogniska, a wreszcie wieloowocowy kiesiel ze świeżymi borówkami. Posiedzieliśmy przy ognisku i pośpiewaliśmy piosenki turystyczne i nie tylko. Był to w końcu nasz ostatni wspólny, obozowy wieczór.
DZIEŃ DZIEWIĄTY – 6 lipca
Ostatnia pulpa składała się z ryżu, warzyw i boczku. Przed wyruszeniem, które bardzo się opóźniło (wcale nie spieszyło nam się wracać do codzienności), staraliśmy się opanować rozległą panoramę z Jałowca. Widać już stąd było nasze znajome góry Beskidu Żywieckiego i Śląskiego.
Na pierwszym planie mieliśmy Czerniawę Suchą i Lachów Groń z szczytową Halą Janoszkową, należące do Pasma Jałowieckiego. Na ostatnim planie można było dojrzeć Vel'ký Rozsutec i Stoch w Małej Fatrze oraz Kubínską hol'ę w Magurze Orawskiej. Po lewej stronie stała dostojna Babia Góra, w masywie której wyróżniliśmy Gówniak, Diablak, Pośredni Grzbiet, Przełęcz Lodową, Kościółki, Przełęcz Bronę oraz Małą Babią Górę ze szczytowym Cylem. W Grupie Mędralowej widać było Mędralową, Kolisty Groń i Jaworzynę. W Grupie Pilska: Pilsko, Munczolik, Halę Cudzichową, Palenicę, Rysiankę, Przełęcz Pawlusią, Romankę i Abrahamów, a za nim Prusów. Z Beskidu Śląskiego widoczne były, choć dość słabo: Sołowy Wierch, Ochodzita, Tyniok i Gańczorka i już wyraźnie Barania Góra, Magurka Wiślańska, Gawlas, Zielony Kopiec, Malinowska Skała, Kopa Skrzyczeńska, Małe Skrzyczne, Skrzyczne i Skalite, a także Magura i Klimczok. Zza drzew pokazywał się Czupel w Beskidzie Małym oraz Pasmo Pewelskie. W Kotlinie Żywieckiej ciemniał Grojec.
Żółtym szlakiem ruszyliśmy w kierunku Przełęczy Suchej i skręciliśmy w ścieżkę, która doprowadziła nas do drogi biegnącej wzdłuż źródeł Koszarawy. Dołączyliśmy do znaków zielonych i zrobiliśmy sobie odpoczynek pod sklepem w Koszarawie. Raczyliśmy się piwem, lodami, czekoladą i cukierkami. Dalej zielonym szlakiem doszliśmy do Huciska, a stąd niebieskim wspięliśmy się na Gachowiznę w Paśmie Pewelskim. Ujrzeliśmy stąd Leskowiec, Potrójną, Gibasów Wierch i Gibasówkę na przełęczy.
Wreszcie zeszliśmy do końcowego punktu naszej wędrówki, czyli do Ślemienia. Oglądnęliśmy tu ruiny wielkiego pieca hutniczego i wystawione przed remizą OSP w Ślemieniu pompy strażackie z lat 40.-70. XX w. Podeszliśmy na stadion, na którym odbywały się uroczystości 400-lecia Państwa Ślemieńskiego. Trafiliśmy akurat na mało wciągające przemowy lokalnych władz i gości zza granicy. Po chwili dzieci ze Ślemienia zaczęły występy artystyczne. My rozłożyliśmy się w pobliżu miejsca, gdzie trwały przygotowania do prezentacji dawnych, średniowiecznych strojów, uzbrojenia i walk rycerskich.
Po odpoczynku przeszliśmy na przystanek, skąd busem udaliśmy się przez Gilowice i Żywiec do Bielska. Pod hotelem „Magura” wysiedli Franek, Tomek i Iza, a reszta rozstała się na dworcu.
Wróciliśmy do domów opaleni, trochę zmęczeni, brudni i niepachnący, ale zadowoleni, uśmiechnięci, dumni z siebie i już stęsknieni za górami, namiotami, kociołkiem, pulpą i wylizywaniem łyżek.