Sobota godzina 7.00 ul. Traugutta. Ekipa zwarta, zgrana i gotowa do wyjazdu, swoim małym, białym autobusikiem trzydziesto jedno osobowym, w którym na brak miejsca ciągle narzeka mój sąsiad po lewej – Artur…Brak półeczki, brak na siedzeniach siateczki, mało miejsca na nogi. Wszystkie jednak niedogodności rekompensuje skład, nie konserwy oczywiście. Skład, czyli ekipa, której trzon, a jakżeby inaczej stanowią Arbuzioki. Arbuzioki, których grono powiększa się – adopcja jest teraz na czasie. Dlatego, my również wśród śmiechów, postanawiamy zaadoptować kolejnych towarzyszy doli i niedoli. Tym razem przyjęci, bez głosów sprzeciwu zostali: Mama Jadzia, która piecze wyśmienite karpatki, doktor nauk historycznych Rafał Butor, który jak na doktora przystało został naszym medykiem oraz Sadowski Leszek, jako, że doskonale zna się na sadach, a sadów na trasie było ci, co niemiara. Wygrywa w konkursach (nie licząc oczywiście SzeFa 180h) pt. „nieprzespane godziny”, a poza tym doskonale wyczuwa swym sadowskim nosem Arbuziockie klimaty.
Wracając jednak do eskapady, droga dłuży się niemiłosiernie. Myślenice, Dobczyce…Raciechowice i w końcu pierwszy z dłuższych postojów na naszej trasie – Szczyżyc i opactwo cystersów. Jak to zwykle bywa, my trafić potrafimy, więc trafiamy…na wizytę ojca generała zakonu. Po krótkim oczekiwaniu na dziedzińcu klasztornym, gdzie brat Adam reperuje okna, z kuchni klasztornej wydobywają się smakowite zapachy obiadu, brat Alojz jendak nie daje na siebie długo czekać, otwiera muzeum i kolejne sale dla zwiedzających….wchodzi….i nic nie mówi. Na szczęcie małomówność brata Alojza, rekompensuje nam swymi historycznymi wywodami, brat, pardon, doktor Rafał. Są więc opowieści z cyklu: jak popełnić seppuku, by nie zhańbić siebie i swojej rodziny , do czego służy nienaostrzona dzida…a wszystko to pełne humoru i polotu, aż brat Alojz chichra się pod nosem, co jednak próbuje przed nami skrzętnie ukryć. Wreszcie zwiedzamy przyklasztorny kościół, gdzie lwy robią łaaaaa otwierając swe paszcze….Potem krótki koncert organowy dla ojca generała i dalej w drogę.
W tym oto miejscu, by oddać charakter mijanych okolic należy przytoczyć tylko dwa słowa: sady, szklarnie, sady, szklarnie, sady, szklarnie….i tak do samego Wśnicza, ku uciesze kursantów opowiadających, w właściwy sobie sposób, czyli metodycznie, co akurat widać za szybą naszego Iveca. Wszystko to towarzyszy sporą prowadzonym na tyłach autobusu…gdzie Śnieżnica, który to Łopień, a która Pasierbska Góra. W jednym jednak zgadzamy się wszyscy, ten hitlerowski hełm na horyzoncie – to na pewno Kostrza.
Jak już wiadomo, jeśli chodzi o trafianie, to jesteśmy specjalistami, trafiliśmy więc na zamknięty, no bo jak w sobotę mógłby być otwarty? Wiśnicki Zamek. Jedziemy więc do Dębna i wcale nie tego podhalańskiego, tu też trafiamy na zamknięty, a jakże by inaczej zamek Dębicki. Zwiedzamy tylko gotycki kościółek Św. Małgorzaty, przyuważeni przez księdza proboszcza (swój wyczuje swego), który poświęca nam swą całą przerwę między jednym a drugim posiedzeniem w konfesjonale. Przenosząc się oczyma wyobraźni na czarny ląd, stajemy się słuchaczami opowieści o Kongu, które płyną, płyną i płyną i płynąć mogłyby nadal, gdyby nie to, że on miał obiad, a my przed sobą drogę do Tarnowa.
W końcu Tarnów, nocne zwiedzanie: ratusz, rynek, katedra, pozostałości synagogi, dom Bema.
Wieczór w internacie – poruszamy bieżące sprawy koła, przy grzanym winie z czajnika elektrycznego i pysznej wiśniówce, czyli długie, nocne Polaków rozmowy.
Ale, ale to już 38 godzina, kiedy Leszek nie zmrużył nawet oka….widać, że cała sytuacja robi się ciężka….idziemy spać, właściwe to Franek zagania nas do spania, ze niby to nie wstaniemy…ze nie wyjedziemy, zawsze jakieś ale….Jednak w pokoju nr 23 Chichrania i Chichoty w łożu małżeńskim, gdzie śpimy w czwórkę nie ustają do późnych, oj bardzo późnych godzin nocnych….
Poranek, dzień drugi. Połowa uczestników wycieczki zwala się do naszego różowo-zielonego pokoju, pod pretekstem śniadania, a my to dopiero zaczynamy przewracać się na drugi bok….na domiar złego, myśl, że to niedziela palmowa nie daje nam spokoju…. Jak stworzyć w 3 godziny palemkę, która godnie reprezentowałaby nasze koło? Jest to pytanie, które nurtuje zarówno nas…leżących w małżeńskim łożu, jak i naszego SzeFa. Skąd wytrzasnąć trzon? Na pozór tak trudne pytania….szybko znajdują swoją odpowiedź w działaniach Arbuzioków. W końcu 10 arbuzów to nie jeden, prawda?
Piątuś wpada na genialny pomysł i załatwia kij od mopa, z grubym nabazgranym napisem INTERNAT….Nasza internatka– palemka powoli, acz w bólach, zaczyna się rodzić. Kolejne myśli …. jak zdobyć gałązki, bazie czyli wszystko to co mogłoby przyodziać naszą internatke w godny strój? Spokojnie, bo tylko spokój nas uratuje, powstaje cały plan działania. Ktoś z naszych przebąkuje, że staniemy gdzieś w lesie, tak by móc szybko pozyskać coś w czym naszemu mopowemu kijowki byłoby do twarzy. Upatrzone miejsce przy drodze doskonale nadaje się na szybkie zerwanie gałęzi, badyli, czyli wszystkiego co mogłoby się nadać. Na poszukiwanie ubranka wysyłamy naszą męską część drużyny. Kobiety w tym czasie zostają w swych siedzeniach, zajmując się dziećmi, haftując, szydełkując i tworząc, piękne bibułkowe kwiaty i wstążki. Wszystko to wśród nieustających wrzasków i krzyków…”Gdzie są nożyczki?” (bo mamy tylko jedne), „Czy ktoś może mi podać bibułę?” (bo mamy tylko cztery) „Czy ktoś widział taśmę klejącą?”, „Utnijcie mi kawałek wstążki!”
O tak, wreszcie są, są nasi mężczyźni, wrócili, niosą krzaki, patyki i Bóg wie jeszcze co!!!
Kolejny etap prac, którym to poświęca się cały autobus, to włóż krzak na trzon, a może raczej, włóż trzon w krzak i pchaj, tak by ubrać internatke…. Co się wtedy działo, to długo by opowiadać, wśród krzyków, śmiechu i pracy twórczej, po tym jak godzinę stoimy już przy drodze i tworzymy palemkę, w końcu jest. Internatka zdołała stanąć na nogi przy nie małej pomocy naszego pana kierowcy – Józia, który z godnym uznania poświęceniem zaangażował się w nasz zwariowany pomysł. Jednak nadal było jej troszeczkę łyso…, brak kwiatów i wstążek zapewne ją smucił.
Przeniesiona z godnością przez Leszka do Iveca, który stał się, co tu dużo gadać jej opiekunem, duchowym powiernikiem, poddana zostaje kolejnym z szeregu etapów twórczych.
Wtedy gdy przybrany opiekun trzymał ją w pół na tyłach autobusu, reszta podejmował się założyć kwiaty, udekorować wstążkami, przybrać tak by była najpiękniejszą.
Palemka od początku miała świadomość, że nie jest zwykła palemką, wiedziała, że jest palemką AKPG, zdawała sobie jednak sprawę, że coś jej jeszcze brakuje, coś jakby u dołu była troszeczkę łysawa. Na szczęście duchowy powiernik odczytał bez jakiegokolwiek problemu jej przemożne pragnienia i na pierwszym postoju udał się na cmentarz…. „O nie!!! Tylko nie cmentarz” Pomyśleli kursanci i wstrzymali oddech…. „No co ty, Leszek! Z cmentarza kwiatki?” …Dało się słyszeć w śród grupki zgromadzonych wycieczkowiczów. Jednak widocznie niezbyt dobrze znaliśmy Leszka, właściciela połowy sadów na terenie uprawnień…..Leszek wiedział, że palemce brakuje trochę zieleni u dołu, w tym celu ułamał kilka gałązek choiny z cmentarnego drzewa. Należy tu jednak zaznaczyć, ze w jakże słusznej sprawie!!! Potem udał się do jednego z domostw w Czchowie gdzie zatrzymaliśmy się by obejrzeć ruiny zamku (tak na marginesie to nikt nie wiedział gdzie jesteśmy, bo wszyscy łącznie z panem Józiem – naszym kierowcą, zajęci byli strojeniem palemki) Jak się potem okazało, Czchowianie to bardzo miły naród, prócz sznurka, którego brakowało palemce, opiekun Leszek, mógł nawet dostać drugą palemkę, jednak nie chcieliśmy robić konkurencji naszej internatce.
Gdy w końcu dojechaliśmy do Lipnicy Murowanej by wystawić ją na konkurs, palemka była już prawie gotowa, nadszedł czas na ostatnie poprawki, przypięcie liter AKPG i wyruszamy na lipnicki ryneczek…
Budzimy spore zainteresowanie tłumu turystów, właścicieli licznych (brzydszych) palemek …. i mediów. Prasa, radio, telewizja….wszyscy w tłumie typują zwycięzcę, a może raczej zwyciężczynie, która najdłuższa, która najpiękniejsza….
Nas oczywiście nie zaskakuje fakt, że internatka – cudaczka, pełna artystycznego nieładu, wywołana na scenę zgarnia nagrody, za najpiękniejszą, najbardziej szaloną i coś z niczego….Potem to już tylko wywiady, zdjęcia. Palemka czuje się w tej roli doskonale. A my zagadnięci na scenie przez panią z radia Eska….”Jak się robi taką palmę wielkanocną?” …. Opowiadamy całą historię od początku….o trzonie z mopa, o patykach, o tym, że to wszystko w autobusie….Nasza pani reporter dusi się ze śmiechu…a my skromnie dodajemy na koniec, że jeśli w przyszłym roku autobus będzie dłuższy to i palemka będzie dłuższa! Bo jak to powiedział Rafał (a wszystko zostało zarejestrowane) ma ona 2m 23 cm i 5mm, choć możliwe, że co do milimetrów to możemy się mylić, bo gdy wiatr zawieje…a poza tym to wszystko zależy od podłoża…. Potem krótki wywiad dla Polsatu….i znowu pytanie „Jak się robi palmę?” TVN 24, też nam nie daje spokoju. Oj, coś medialni zrobili się ci przewodnicy z AKPG….No, ależ które koło robi najlepsze palemki?
Wszyscy zapragnęli mieć ją teraz w domu, żeby jednak było sprawiedliwie, pozostaje u SzeFa, oparta o róg na klatce schodowej, wciąż strojąc się na nowo i przymierzając do zlicytowania na 15 roczku AKPG.
Wszystko to zostało spisane ku potomnym, bardzo skrótowo, ale mam nadzieję, że w sposób najjaśniejszy oddaje zaistniałe wydarzenia.
Ps. SzeF, zarządził likwidację koła plotkarskiego, na rzecz bibułkarskiego, kroju i szycia oraz haftu krzyżykowego.
Anna Kuś

